św. Teresa z Avila |
Rozdziały 7-9 |
– KSIĘGA FUNDACJI – |
|
ROZDZIAŁ 7
Jak należy postępować z duszami podlegającymi melancholii. — Uwagi bardzo potrzebne dla przełożonych. (1)
l. Siostry moje z tego klasztoru Świętego Józefa w Salamance — w którym bawiąc, piszę te słowa — prosiły mię usilnie, bym powiedziała nieco o sposobie postępowania z (s.500) takimi, które mają skłonność do melancholii. Jakkolwiek pilnie przestrzegamy tego, by takich nie przyjmować, jest to jednak przywara tak subtelna, że umie udawać umarłą, gdy jej tego potrzeba, i skutkiem tego zdarza się, że nie dostrzeżemy jej, aż poniewczasie. Nie pamiętam, ale zdaje mi się, że o tej materii mówiłam już kiedyś w którejś książeczce (2); wszakże nie zawadzi i tu coś o tym powiedzieć, o ile z łaski Boga potrafię. Gotowam i sto razy powtarzać rzeczy może już dawniej powiedziane, gdy mogę mieć nadzieję, że ktoś z tego odniesie jakikolwiek pożytek. Melancholicy tyle umieją wynajdywać różnych wybiegów dla postawienia na swoim, że chcąc trafić na sposób właściwy znoszenia ich i kierowania nimi tak, aby nie mogli szkodzić drugim, potrzeba te ich wybiegi zbadać i dobrze na nich się poznać.
2. Zaznaczę nasamprzód, że nie wszyscy podlegający tej wadzie tak są trudni i uciążliwi; jeśli przy tym są pokorni i charakteru łagodnego, a zwłaszcza jeśli mają zdrowy rozsądek, choć sami w sobie dręczą się i cierpią, nie będą przecie szkodliwi dla drugich. Są także różne stopnie tego chorobliwego usposobienia. Przekonana jestem, szczerze to mówię, że w niektórych diabeł używa tej wady za środek dla dostania ich w moc swoją i jeśli nie będą się mieli na baczności, z pewnością tego dokaże. Główny bowiem skutek melancholii (3) jest ten, że opanowuje rozum i zaćmiewa go; w takim zaś zaćmieniu rozumu, do czego nie zdołają popchnąć namiętności? Być pozbawionym rozumu, to znaczy to samo, co oszaleć; i tak jest. Ale w tych, o których tu mówię, zło nie dochodzi do takiego stopnia, choć może lepiej byłoby, żeby doszło. Udawać bowiem z konieczności, że za rozumne poczytujesz i jako rozumne traktujesz stworzenie takie, które widzisz, że rozum straciło, toć to męka nieznośna. Natomiast te, które już całkiem opanowała ta choroba, choć godne są pożałowania, ale (s.501) już szkodzić nie mogą i jakkolwiek nie ma sposobu wpłynąć na nie rozumem, bojaźń utrzyma je w karbach.
3. Głównie więc mam tu na myśli takie, w których groźna ta i w skutkach swoich tak zgubna choroba jest dopiero w początkach i jeszcze takiej siły nie nabrała, choć zawsze z tychże złych soków się rodzi, z tegoż korzenia wyrasta i na tymże pniu dojrzewa. Z takimi, gdy inne sposoby nie starczą, potrzeba również uciec się do tego środka grozy i bojaźni. Niech przełożone zadają im wszelkie pokuty przyjęte w Zakonie; niech starają się tak je ukrócić, iżby zrozumiały, że wszelkimi fochami i dąsami swoimi nic a nic nie wskórają. Bo niechby tylko raz i drugi spostrzegły, że krzykami swymi i desperacjami, które diabeł kładzie im w usta na ich zgubę, zdołają postawić na swoim, to samo już bezpowrotnie w złym je utwierdzi, i dość wtedy jednej takiej na zawichrzenie całego klasztoru. Skoro biedna taka dusza nie ma w sobie samej siły odpowiedniej, aby mogła obronić się od poduszczeń, które zły duch jej podsuwa, potrzeba, by przełożona z jak największą troskliwością czuwała nad jej postępowaniem, nie tylko zewnętrznym, ale i wewnętrznym. I kiedy chora rozum ma zaćmiony, tym jaśniejszy więc powinien on być w przełożonej, aby czart, korzystając z jej słabości, nie dostał jej w moc swoją. Jest to w rzeczy samej stan niebezpieczny. Są wprawdzie czasy, kiedy te złe humory tak biorą górę nad duszą, że zupełnie tłumią rozum (i wtedy już nie będzie grzechu, tak samo jak wariatowi to, co czyni w szaleństwie, za grzech się nie poczytuje; ale bywają inne czasy, nie zupełnego zagłuszenia, tylko osłabienia rozumu, a więc będzie tu zawsze jakaś większa czy mniejsza wina; potem znowu przychodzą chwile jaśniejsze i spokojne). Otóż chodzi o to, by chorej, gdy ma się źle, nie ustępowano w niczym jej woli, by snadź tym ośmielona, nie chciała, gdy przyjdzie do siebie, samą sobą rządzić, to jest ślepo wystawić się na podstępy i zdrady szatańskie, które są straszne. Dobrze przypatrzywszy się tego rodzaju duszom, zobaczymy, że nad wszystko lubią czynić wolę swoją; mówić, cokolwiek im ślina przyniesie na usta, podpatrywać wady (s.502) cudze i nimi pokrywać swoje, używać wszystkiego, co im smakuje. Tym sposobem jawnie okazują, że nie mają w sobie siły opornej przeciw złemu. Na skutek zaś nie umartwionych namiętności, z których każda domaga się zaspokojenia żądzy swojej, dokądże takie dusze zajdą i co z nimi się stanie, jeśli nie będzie nikogo, kto by za nie opór stawiał i tamę kładł grzesznym ich skłonnościom?
4. Powtarzam raz jeszcze z własnego doświadczenia, bo wiele znałam takich dusz, że nie ma na nie innego lekarstwa, jeno doprowadzenie ich na wszelki sposób możliwy do uległości i posłuszeństwa. Jeśli słowa nie skutkują, trzeba użyć kar; jeśli lżejsze kary nie starczą, niech nastąpią za nimi cięższe; jeśli mało zamknięcia na miesiąc, niech się przedłuży do czterech miesięcy; taka surowość jest to największe dobrodziejstwo, jakie można podobnym duszom wyświadczyć (4). Bo jak już mówiłam i na nowo powtarzam (dla własnego ich dobra potrzeba, by dobrze to zrozumiały, jakkolwiek nieraz się zdarza, że dusza w napadzie melancholii traci wszelkie nad sobą panowanie): nie jest to przecie jeszcze wyraźne obłąkanie, tak iżby ją wymawiało do winy; bywa to niekiedy, ale nie zawsze. Dusza więc podobnemu stanowi ulegająca, w wielkim jest niebezpieczeństwie grzechu, chyba że — jak mówiłam — napad tak jej odjął rozum, że nieświadomie i poniewolnie musiała uczynić to, co w tym stanie uczyniła. Wielkie to więc miłosierdzie Boga nad duszą tej słabości podlegającą, gdy jej daje łaskę poddania się zwierzchności, która nią rządzi, bo na tej uległości, ze względu na niebezpieczeństwo, o którym mówię, polega jej dobro. Niechże taka dusza, czytając te słowa, jeśli dostaną się w jej ręce, pomni na miłość Boga, że może tu chodzić o wieczne jej zbawienie.
5. Znam dusze dotknięte melancholią, którym ta nieszczęsna słabość prawie zupełnie rozum odbiera; ale są to dusze pokorne i tak bojące się wszelkiej obrazy Bożej, że nie (s.503) zważając na łzy, którymi się w skrytości zalewają, nigdy nie czynią nic nad to, co im każe posłuszeństwo i w postępowaniu swoim niczym się nie wyróżniają od drugich. Prawdziwe i ciężkie cierpią męczeństwo, ale tym większa za to chwała je czeka, bo za życia wykupują się od czyśćca po śmierci. Tych jednak, które by nie chciały tak się zachowywać, niechaj przełożona zmusi i niech się nie unosi niewczesną dla nich litością, bo folgując ich wybrykom, doczeka się tego, że zły przykład ich i drugie za sobą pociągnie.
6. Pominąwszy bowiem wielkie niebezpieczeństwo, w którym, jak mówiłam, własna dusza takiej nieszczęśliwej zostaje, inna jeszcze większa grozi od niej całemu domowi. Mianowicie ta, że skutkiem przyrodzonej nędzy serca ludzkiego inne, nie widząc tej niedoli wewnętrznej, która gnębi jej duszę, a z pozorów zewnętrznych poczytując ją za dobrą, będą także chciały każda uchodzić za dotknięte melancholią, aby im także podobne okazywano pobłażanie. Diabeł też z pewnością nie zaniecha utwierdzać je w tej myśli i takie zatem w całym domu sprawi spustoszenie, jakiemu potem bardzo trudno będzie zaradzić. Jest to rzecz tak ważna, że żadną miarą nie godzi się przełożonej dopuścić się w tym względzie najmniejszego zaniedbania czy miękkości. Jeśli chora okaże krnąbrność albo upór, niech ją ukarze jak zdrową; niech jej niczego nie puszcza płazem, ani nieuprzejmości i opryskliwości dla sióstr, ani żadnej winy podobnej.
7. Może to się komu wyda niesprawiedliwością, w braku innego sposobu karać chorą, tak jakby była zdrowa. — Ale w takim razie byłoby także niesprawiedliwością wiązać i karcić furiatów; należałoby raczej zostawić ich na wolności, aby rozbijali i mordowali wszystkich. Wierzajcie mi, że mam w tym względzie doświadczenie; wielu różnych sposobów próbowałam, ale nie znalazłam innego. Przeorysza, która by chciała przez litość dozwalać takim swobody, tego tylko się doczeka, że w końcu niepodobna będzie z nimi wytrzymać; a gdy wtedy zabierze się do zaradzenia złemu, pokaże się, że i inne już większą szkodę ucierpiały. Jeśli, jak każdy przyzna, nie jest to (s.504) okrucieństwem, jeno dobrym uczynkiem, gdy wiążemy i ukrócamy furiatów, aby nie zabijali ludzi, choć słusznie zasługują na litość, bo nie wiedzą, co czynią, czyż nie daleko słuszniej jeszcze należy poskramiać takie nieszczęśliwe, aby przykładem niekarności swojej nie wyrządzały szkody duszom? Tym bardziej, że często, jak o tym mocno jestem przekonana, nie melancholia do takich je wybryków popycha, jeno charakter samowolny, niepokorny i .nieposkromiony; niejedna taka, widziałam to na własne oczy, gdy patrzy na nie kto, kogo się boją, powstrzymują się i powstrzymać się mogą; czemuż by nie mogły dla bojaźni i miłości Boga? Bardzo się boję, czy to nie diabeł korzysta z tej rzekomej melancholii, aby pod jej pozorem dusze do sieci swoich zagarniał.
8. Częściej dzisiaj, niż bywało dawniej, spotykamy się z tym wyrazem i wszelka swawola, wszelkie przywiązanie do woli własnej, podszywa się pod miano melancholii. Stąd też, zdaniem moim, w tych domach naszych, i we wszystkich w ogóle domach zakonnych, należałoby nigdy nie brać na usta tego wyrazu, pod którym ukrywa się rozluźnienie zakonne. Nazywajmy ją ciężką chorobą — o, i jak ciężką! — i jako taką ją leczmy. Należy więc koniecznie od czasu do czasu zadać chorej jakie lekarstwo na uśmierzenie jej humorów, aby były znośniejsze. Niech pobędzie jakiś czas w infirmerii, a gdy z niej wyjdzie i wróci do zgromadzenia, niech wie, że ma być posłuszna i pokorna jak inne i że gdyby słuchać nie chciała, nic jej żadne humory nie pomogą. To koniecznie powinno być z powodów, które wyżej przywiodłam, a mogłabym ich przytoczyć jeszcze więcej. Przełożona zaś niech czuwa nad nią, nie dając jej tego poznać, z jak najczulszą, prawdziwie macierzyńską miłością, i niech używa wszelkich, jakie wynaleźć zdoła, sposobów zdolnych przywrócić jej zdrowie.
9. Mogłoby się zdawać, że sama z sobą jestem w sprzeczności, zalecając teraz czułą troskliwość i miłość, kiedy przedtem ciągle mówiłam o potrzebie surowości. — Tak mówiłam, bo potrzeba te biedne w takich trzymać karbach, by im już ani na myśl nie przyszło, iżby kiedy zdołały dokazać (s.505) tego, czego im się zachciewa; potrzeba, by wiedziały, że słuchać muszą, bo właśnie to byłoby dla nich największą szkodą, gdyby się czuły wolne. Ale może przeorysza nie dawać im rozkazów, których przewiduje, że nie usłuchałyby nie mając w sobie siły potrzebnej do zwyciężenia siebie; może zręczną a uprzejmą namową skłaniać je do tego, czego potrzeba, tak, iżby, o ile to być może, usłuchały nie z przymusu, jeno z miłości, co będzie daleko lepiej. Prawie zawsze dokaże tego, jeśli będzie umiała słowem i uczynkiem upewnić je o tym, że szczerze je kocha. Niech przy tym dają im jak najwięcej zatrudnienia przy różnych obowiązkach; jest to, zważmy to dobrze, najskuteczniejsze dla nich lekarstwo, bo odbiera im czas i możność do próżnych marzeń, na czym właśnie cała ich choroba polega. Zapewne, że ze zleconych im obowiązków niezbyt świetnie się wywiążą, ale lepiej znosić małe ich w takich rzeczach winy, niż narażać się na znoszenie większych i cięższych, gdyby znowu odeszły od rozumu, samym sobie na zgubę. To jest, powtarzam, najskuteczniejsze, zdaniem moim, dla nich lekarstwo. Potrzeba nadto nie pozwalać im na długie rozmyślania, trzeba owszem i zwyczajne im skrócić; bo przy chorobliwej wyobraźni, jaką po większej części mają, długie modlitwy byłyby dla nich bardzo szkodliwe i podawałyby im tylko sposobność do wytwarzania niezrozumiałych dla nichże samych i dla nikogo dziwolągów. Należy także pilnować, by nie jadały ryby, chyba rzadko kiedy, i postów nie czyniły tak ustawicznych jak drugie.
10. Może komu się wyda, że zbyt długo się rozwodzę, tyle dając rad i wskazówek co do tej jednej słabości, a milczeniem pomijam inne, kiedy tyle ich jest i tak ciężkich w tym nędznym życiu, zwłaszcza dla nas słabych i ułomnych niewiast. — Dwojaki do tego miałam powód. Pierwszy ten, że dotknięte melancholią mają siebie za zdrowe, nie chcąc uznać choroby w nich ukrytej. Gdy zaś choroba ta nie jest ani febrą, ani gorączką i nie zmusza ich pójść do łóżka i wezwać lekarza, potrzeba więc, by przeorysza zastąpiła im lekarza, bo to choroba groźniejsza dla duszy dążącej do doskonałości, niż (s.506) wszelkie obłożne i śmiertelne niemoce. Drugi powód jest następujący: inne choroby kończą się wyzdrowieniem albo śmiercią; z tej przeciwnie, rzadko kto wyzdrowieje i rzadko umiera, tylko się traci rozum, co jest także w swoim rodzaju śmiercią dla drugich.
Którym zaś ta choroba nie odbiera rozumu, te same w sobie noszą gorzkie jak śmierć udręczenia, urojenia i skrupuły, które wciąż poczytują za pokusy, choć znosząc je cierpliwie, bardzo wielką stąd odniosą zasługę. Gdyby zaś mogły przyjść do uznania, że źródłem tych udręczeń, które cierpią, jest sama ich skłonność do melancholii, gdyby zatem zdobyły się na odwagę i nie zważały na nie, niemałą to przyniosłoby im ulgę. Co do mnie, bardzo ich żałuję. Wszystkie też siostry i towarzyszki ich, pomnąc, że i na nie Pan mógłby zesłać podobnąż niedolę, słuszna, by szczere dla nich miały współczucie i z najczulszą miłością znosiły je, nie dając im jednak poznać tego, jak mówiłam wyżej. Obym z łaski Pana zdołała, w tym co powiedziałam, trafne i skuteczne podać rady na tę tak ciężką niemoc!
ROZDZIAŁ 8
Podaje kilka uwag o objawieniach i widzeniach.
l. Są ludzie, których, zdawałoby się, samo wspomnienie o widzeniach albo objawieniach przeraża. Jaki mogą mieć powód do takiego strachu, w czym widzą tak groźne niebezpieczeństwo dla duszy, którą Bóg zechce tą drogą prowadzić, tego nie rozumiem. Nie mam zamiaru roztrząsać tutaj, które widzenia są prawdziwe, a które ułudą tylko, ani wymieniać znaków, po których, jak mię nauczyli mężowie głęboko uczeni, można jedne od drugich rozpoznać. Chcę tu tylko wskazać, co powinna czynić dusza w takim stanie, bo niełatwo trafi na spowiednika, który by jej w tej materii nie naprowadził (s.507) niepokojów i strachów. Najwięcej jest takich, którzy nie tyle się przerażą, gdy im wyznasz, że diabeł ci podsuwał wszelkiego rodzaju pokusy, myśli bluźniercze, rozpasane, niewstydliwe widziadła, ile się zgorszą, gdy im powiesz, że widziałaś anioła i z nim rozmawiałaś, albo że ci się ukazał Pan Jezus ukrzyżowany.
2. O objawieniach pochodzących od Boga tym bardziej nie mam potrzeby mówić tu obszerniej, że dobrze jest wiadomy każdy najpewniejszy znak, którym się różnią od fałszywych (to jest wielkie skarby i dobra duchowe, które po nich w duszy pozostają). Powiem tu więc raczej o wyobrażeniach i widziadłach, w których zły duch, dla oszukania nas, przebiera się w udaną postać Chrystusa Pana albo świętych Jego. Otóż najmocniej jestem przekonana, że nigdy boska łaskawość Pana naszego nie pozwoli na to, ani nie da złemu duchowi tej władzy, by zdołał podobnymi widmami duszę oszukać, chybaby sama z własnej winy swojej do tego mu pomogła; przeciwnie, sam na zdradach swoich się oszuka. Żadną miarą, powtarzam, nie ulegnie dusza temu złudzeniu, jeśli jeno ma pokorę. Nie mamy więc czego się lękać. Ufajmy tylko w Panu i gardźmy tymi podstępami diabelskimi; owszem, obróćmy je na pożytek, tym żarliwiej chwaląc Boga i tym wierniej Mu służąc.
3. Znam osobę, którą spowiednicy trzymali w ciężkim ucisku i udręczeniu z powodu widzeń, jakie miewała; choć później z wielkich skutków i dobrych uczynków, jakie z nich wynikły, okazało się, że były to widzenia od Boga. Niemało ją to kosztowało, gdy na widok Pana, ukazującgo się jej w widzeniu, musiała od Niego się zażegnywać znakiem krzyża świętego, albo pokazywać mu figę, bo tak jej było kazano. Wielki teolog, ojciec dominikanin (1), którego później się radziła, powiedział jej, że było to źle, że nikomu takiej rzeczy czynić się nie godzi; bo gdziekolwiek ujrzymy wyobrażenie Pana naszego, powinniśmy uczcić je, choćby je malował diabeł, jest on (s.508) bowiem wielkim artystą. Owszem, wbrew złośliwemu zamiarowi swemu, zdrajca ten nie szkodę nam przez to wyrządza, jak by chciał, ale raczej przysługę oddaje, gdy tak żywy nam stawia przed oczy wizerunek Ukrzyżowanego, czy innego świętego przedmiotu, iż wrażenie z niego odniesione pozostaje nam wyryte w sercu. Bardzo mi ta nauka trafiła do przekonania; boć każdy, patrząc na jaki obraz znakomity, będzie go podziwiał, choćby wiedział, że malował go zły człowiek i przewrotność malarza nie zepsuje nam pobożnego wrażenia, jakie na nas dzieło jego sprawuje. Pożytek zatem z widzenia czy szkoda nie jest w rzeczy widzianej, jeno w tym, który na nią patrzy, to jest w tym, czy ma, czy nie pokorę potrzebną, aby z widzenia odniósł korzyść. Duszy prawdziwie pokornej żadne widzenie, choćby było od ducha złego, zaszkodzić nie zdoła, ale gdzie nie ma pokory, tam nie będzie pożytku, chociażby widzenie pochodziło od Boga. Dusza, którą to, co powinno ją pobudzić do upokorzenia się, przeciwnie, w pychę i próżność wzbija, podobna jest do pająka, który cokolwiek połknie, wszystko to obraca w truciznę. Przeciwnie, dusza pokorna jest jako pszczoła, która wszystko w miód zamienia.
4. Bliżej myśl moją objaśnię. Gdy Pan w boskiej łaskawości swojej raczy się ukazać jakiej duszy na to, aby Go lepiej poznała i więcej miłowała, albo aby jej jaką tajemnicę swoją objawił, albo jakimi szczególnymi łaskami i pociechami ją obdarzył, a ona (zamiast się ukorzyć w uznaniu nicestwa swego niegodnego takiej łaski) woli zaraz mieć siebie za świętą i wyobraża sobie, że łaska ta jest zasłużoną nagrodą za jej wierną służbę, tedy rzecz jasna, że, podobna do onego pająka, wielkie dobro, jakie jej stąd przyjść mogło, na złe sobie obraca. Przypuśćmy teraz na odwrót, że to zły duch, dla wbicia jej w pychę, takie jej widzenia nasuwa. Jeśli ona, sądząc, że widzenia te pochodzą od Boga, upokarza się i uznaje siebie niegodną tak wielkiej łaski, i tym gorliwiej stara się służyć Panu, widząc siebie tak wzbogaconą; kiedy mieni się być niewartą jeść choćby okruszyny spadające ze stołu tych, o których słyszała, że podobnych łask od Boga dostępowali, i niegodną oddawać (s.504) im najniższe posługi; jeśli tak uniżając siebie, usilniej jeszcze przykłada się do czynienia pokuty i do coraz żarliwszej modlitwy, i jeszcze pilniej strzeże się, aby w niczym nie obrażała tego Pana, który jej, jak sądzi, taką łaskę uczynił i jeszcze doskonalej stara się być posłuszna, wtedy, ręczę za to, diabeł ucieknie, więcej nie wróci i żadnej po sobie szkody w tej duszy nie pozostawi.
5. Jeśliby w tych objawieniach słyszała zalecenie uczynienia tego lub owego, albo przepowiednie rzeczy przyszłych, potrzeba koniecznie, by zasięgnęła rady światłego i roztropnego spowiednika i w nic nie wierzyła ani nie czyniła z tego, co słyszała, jeno co spowiednik jej wskaże. W tym celu może wyznać całą rzecz przeoryszy, aby ona obmyśliła takiego spowiednika, który by posiadał wspomniane tylko co zalety. Ale niechaj wie i pamięta raz na zawsze, że jeśliby nie usłuchała tego, co spowiednik jej powie, i nie chciała ulegać kierunkowi jego, byłby to znak, że widzenia jej są sprawą złego ducha albo wytworem strasznej melancholii. Przypuśćmy nawet, że spowiednik się myli, ale ona ustrzeże się błędu trzymając się ściśle zdania i zaleceń jego, chociażby to, co słyszała w widzeniu, było głosem anioła Bożego. Albo bowiem Pan w boskiej dobroci swojej użyczy mu światła potrzebnego, albo też sam tak wszystko zrządzi, iżby mimo błędu jego, dusza, słuchając go, osiągnęła to, co On dla dobra jej postanowił. Ta jest jedyna droga zupełnie bezpieczna; inaczej postępując, można się na wielkie niebezpieczeństwo narazić i wielką sobie szkodę wyrządzić.
6. Pamiętajmy, że przyrodzona ułomność nasza bardzo łatwo ulega złudzeniom, zwłaszcza w nas niewiastach, i że właśnie na tej drodze modlitwy bogomyślnej ułomność ta najłatwiej się okazuje. Miejmy się więc na baczności, byśmy za lada przywidzeniem, jakie nam wyobraźnia nasunie, nie myślały zaraz, że to objawienie od Boga; prawdziwe objawienie, bądźmy tego pewne, łatwo daje się poznać. Tym bardziej jeszcze potrzeba ostrożności i powściągliwości tam, gdzie jest jaka bądź skłonność do melancholii. Sama patrzyłam na takie (s.510) przykłady podobnych przywidzeń, że wydziwić się nie mogłam, jakim sposobem człowiek może przyjść do tego, by najmocniej był przekonany, że widzi to, czego nie widzi.
7. Kiedyś przyszedł do mnie pewien kapłan i z uwielbieniem począł mi opowiadać, co mu mówiła jedna jego penitentka: jako Matka Boska co dzień przez długi czas ją odwiedzała i siadała przy niej na łóżku i godzinę całą i dłużej z nią rozmawiała i różne jej nauki dawała i rzeczy przyszłe jej objawiała. A że w tych bredniach była jedna lub druga rzecz podobna do prawdy, więc na tej zasadzie wszystko się przyjmowało za najczystszą prawdę. Co do mnie, zrozumiałam od razu jak rzeczy stoją, ale nie śmiałam wypowiedzieć całego zdania mego, bo żyjemy w takim świecie, iż musimy dobre mieć baczenie, co o nas mogą pomyśleć inni, jeśli chcemy, by słowa nasze miały jaki skutek. Powiedziałam mu więc tylko, że należałoby naprzód poczekać na spełnienie onych proroctw, jeśli to proroctwa prawdziwe, i przypatrzyć się innym skutkom tych widzeń, i dowiedzieć się, jakie jest życie tej osoby. Jakoż w końcu prawda wyszła na wierzch i pokazało się, że były to tylko przywidzenia chorego mózgu.
8. Mogłabym przytoczyć wiele innych tego rodzaju przykładów, a każdy z nich byłby nowym stwierdzeniem tego, do czego tu zmierzam, mianowicie że nie powinna dusza od razu dawać wiary widzeniom swoim, ale dłuższy czas ma nad nimi się zastanowić i dobrze zbadać i poznać samą siebie, pierwej nim taką rzecz wyzna spowiednikowi, by go snadź niechcący nie oszukała. Spowiednik bowiem, jakkolwiekby był uczony, jeśli nie zna tych rzeczy z własnego doświadczenia, niełatwo na nich się pozna. Tak np. niedawno, może parę lat temu, jakiś człowiek zupełnie wywiódł w pole kilku bardzo uczonych i duchowo wykształconych kapłanów, prawiąc im podobne rzeczy. Wreszcie trafił na osobę, która posiadała z własnego doświadczenia nabyte zrozumienie łask Bożych; ona też jasno poznała, że były to chorobliwe złudzenia człowieka pomieszanego na umyśle. Choć to pięknymi pozorami pokryte, wówczas jeszcze się nie wydało, Pan jednak wkrótce wszystko potem (s.511) wyjawił, ale przedtem osoba, która pierwsza prawdę odgadła, dużo miała do zniesienia, bo nikt jej nie chciał wierzyć.
9. Z tych powodów i z innych jasno widać, jak wiele zależy na tym, by każda siostra szczerze zdawała sprawę przeoryszy z tego, czego doznaje na modlitwie. Przeorysza zaś powinna pilnie badać przyrodzone usposobienie każdej i stopień jej wewnętrznego udoskonalenia i tak może uprzedzić spowiednika, aby łatwiej każdą zrozumiał, albo gdyby zwyczajny spowiednik nie miał dość światła na rozsądzenie takich widzeń, może poprosić nadzwyczajnego. Powinna również pilne mieć baczenie, aby takie rzeczy, choćby najpewniej pochodziły od Boga, choćby im towarzyszyły łaski widocznie cudowne, nie dochodziły do wiadomości ludzi świeckich. Nie każdemu nawet spowiednikowi wypada mówić o nich, jeśliby który nie miał należnej roztropności i nie umiał milczeć. Jest to rzecz bardzo ważna, więcej niż zdołam wyrazić. Niech także uważa, aby siostry między sobą o tym nie mówiły. Sama zaś niech zawsze słucha ich wyznań z wszelką uwagą i roztropnością, okazując się więcej skłonną do przyznania pierwszeństwa tym, które się odznaczają pokorą, umartwieniem i posłuszeństwem, niż tym, które Bóg by prowadził tą wysoko nadprzyrodzoną drogą, chociażby przy tym takież cnoty posiadały. Bo w której Duch Pański takie rzeczy działa, w tej działanie Jego mnoży także pokorę i radosne umiłowanie pogardy. Upokorzenie więc takim nie zaszkodzi, a inne z niego korzyść odniosą, bo nie mogąc osiągnąć onych łask nadzwyczajnych, które Bóg daje komu chce, większą uczują pociechę z posiadania tych cnót, o których mówiłam. Wprawdzie i te cnoty są darem Bożym, ale łatwiej na nie własnym staraniem zapracować i nieocenioną mają wartość w życiu zakonnym. Niechaj Pan w boskiej łaskawości swojej raczy ich nam użyczyć! A nie odmówi ich nikomu, kto stara się o nie usilnym ćwiczeniem się i gorącą modlitwą, ufając w miłosierdzie Jego. (s.512)
ROZDZIAŁ 9
Opowiada o wyjeździe z Medina del Campo na fundację Św. Józefa w Malagonie.
1. Jakże daleko odeszłam od przedmiotu mego! Ale kto wie, może z tych uwag, które powyżej wypisałam, albo choć z niektórych, większy się okaże pożytek niż z opowiadania fundacji.
Przebywając tedy, jak to opisałam w swoim miejscu, w Medina del Campo, z niewypowiedzianą pociechą patrzyłam na postępy sióstr, wiernie wstępujących w ślady starszych towarzyszek swoich u Św. Józefa w Awili, we wszelkiej cnocie zakonnej, zobopólnej miłości i w gorącości ducha. Pan też coraz obficiej zaopatrywał nasze wszelkie potrzeby, tak dla budowy kościoła, jak i na utrzymanie sióstr. Wstąpiło do nas kilka nowych aspirantek, snadź umyślnie wybranych przez Pana, aby się stały podstawą duchowej naszej budowy. Od tych bowiem pierwszych początków zależy, jak sądzę, wszystek dalszy rozwój i pomyślność, bo następne, jaką znajdą drogę utorowaną, taką i pójdą.
2. Mieszkała w Toledo jedna pani, siostra księcia Medinaceli (1), w której domu, jak to opowiedziałam obszernie w opisie fundacji Sw. Józefa (2), z rozkazu przełożonych jakiś czas przebywałam. Szczególną wówczas powzięła dla mnie miłość, która później miała jej być niejaką pobudką do szlachetnego jej uczynku. Tak to Pan w Boskiej Opatrzności swojej, ku spełnieniu zamiarów swoich, używa nieraz rzeczy według nas nic nie znaczących albo na nic niepotrzebnych. Gdy pani ta dowiedziała się, że otrzymałam upoważnienie do zakładania klasztorów, poczęła usilnie mię prosić, bym także otworzyła dom nasz w Malagónie, miasteczku do niej należącym. Ja w żaden sposób nie chciałam się zgodzić na to jej żądanie z powodu, że w takiej małej mieścinie klasztor nie mógłby się (s.513) utrzymać bez zapewnienia mu stałych dochodów, a temu z zasady stanowczo byłam przeciwna.
3. Teologowie jednak, jak również i spowiednik mój (3), których zdania w tej kwestii zasięgałam, objaśnili mię, że niesłusznie się opieram, że skoro święty sobór (4) pozwala na posiadanie dochodów, ja nie powinnam, dla utrzymania się przy moim sposobie widzenia, uchylać się od założenia tego klasztoru, z którego wielka może być chwała Boża. Gdy przy tym i owa pani nie ustawała w usilnych naleganiach swoich, nie mogłam w końcu się oprzeć. Wyznaczyła fundusz dostateczny na utrzymanie nowego domu, bo taka jest stała zasada moja, że klasztory nasze powinny być albo zupełnie ubogie, albo też w razie wyznaczenia któremu stałego utrzymania, dochody jego powinny być tak zabezpieczone, aby siostry nie były zmuszone naprzykrzać się innym w swoich potrzebach.
4. Zastrzegłam jednak przy tym w sposób najmocniej stanowczy, by żadna nie posiadała niczego na własność, ale by wszystkie we wszystkim zachowywały jak najściślej Konstytucje, zupełnie tak samo jak inne klasztory, trzymające się zupełnego ubóstwa. Po spisaniu odnośnych dokumentów, posłałam po kilka sióstr, wyznaczonych do tej fundacji (5) i w towarzystwie onej pani przybyłyśmy do Malagónu, gdzie dom dla nas nie był jeszcze tak wykończony, byśmy mogły w nim od razu zamieszkać, skutkiem czego musiałyśmy przez tydzień mieścić się w jednym z pokojów zamkowych (6).
5. W Niedzielę Palmową roku 1568 (7), poprzedzone przez (s.514) ludność miejscową, która procesjonalnie wyszła na nasze spotkanie, odziane w płaszcze białe, z zasłoną spuszczoną na oczy, zostałyśmy wprowadzone do kościoła, gdzie wysłuchałyśmy kazania, po czym przeniesiono Najświętszy Sakrament do naszego klasztoru. Obchód ten uroczysty głęboko wzruszył wszystkich obecnych.
Zatrzymałam się jakiś czas w nowej fundacji. Jednego dnia, będąc na modlitwie po Komunii, usłyszałam z ust Pańskich obietnicę, że w tym domu dobrze i wiernie służyć Mu będą. Pozostałam w Malagónie nie dłużej, o ile pamiętam, nad dwa miesiące, bo kwapił się duch mój w dalszą drogę, na fundację domu w Valladolid; co mi do tego dało powód, opowiem w następującym rozdziale.
Przypisy do rozdziału 7
(1) Rozdział ten jest bardzo znamienny odnośnie do poznania i postępowania z tak zwanymi melancholiczkami lub, jak się dzisiaj mówi, z cierpiącymi na neurastenię albo histerię. Nic pomijając podłoża patologicznego takich stanów, św. Teresa przypisuje je przede wszystkim wadliwej konstytucji moralnej danej osoby, jak np. zbytniej uczuciowości, wypaczeniu pojęć, a przede wszystkim chorobliwej miłości własnej.
(2) Droga doskonałości, r. 24.
(3) Należy zwrócić uwagę, że za czasów św. Teresy miłość własną, zwłaszcza bardzo wygórowaną, nazywano melancholią, i w tym znaczeniu Święta używa często tego stówa. W ogóle, jeśli mówi o melancholii, to w bardzo szerokim znaczeniu, mając na myśli wszelkie zboczenia duchowe i choroby psychiczne
(4) Trzeba tu uwzględnić ówczesne stosunki, gdy nie było innych odpowiednich środków. Na ogól jednak trzeba przyznać, że choroby neurastenii najskuteczniej można wyleczyć silną wolą i stanowczym postępowaniem z nimi.
Przypisy do rozdziału 8
(1) Mówi tu o sobie samej: zob. Życic 29, 5 n.; Twierdza VI, 9, 12-13. marginesie Święta dopisała: Magister Dominik Rańez
Przypisy do rozdziału 9
(1) Dońa Luisa de la Cerda, wdowa po Ariasie Pardo. Była ona wielką przyjaciółką św. Teresy od chwili, gdy ta złagodziła jej cierpienie po śmierci męża. Było to w r. 1562.
(2) Życie, r. 34.
(3) O. Dominik Bańez.
(4) Sobór Trydencki (ses. 25 De Regularibus, r. 3) upoważnia klasztory żeńskie do posiadania własności wspólnej, z wyrzeczeniem się własności osobistej. Na tym opierał się w swym twierdzeniu o, Bańez.
(5) Przybyło na tę fundację pięć sióstr z klasztoru Wcielenia: Maria od N. Sakramentu, Maria Magdalena, Izabela od Jezusa Guttierez, Anna Maria od Jezusa i Izabela od św. Józefa, oraz dwie z klasztoru Św. Józefa w Awili: Anna od Aniołów i Antonina od Ducha Św.
(6) Klasztor ten zosta! później uznany przez św. Teresę za mało sprzyjający modlitwie z powodu hałasu i gwaru, jaki go otaczał. W porozumieniu więc z księżną Ludwiką przeniosły się siostry na miejsce więcej zaciszne w południowej części miasta i tam, pod osobistym nadzorem św. Teresy, zbudowano klasztor dotąd istniejący.
(7) Było to 11 kwietnia.