św. Teresa z Avila

Rozdziały 1-5

–   KSIĘGA ŻYCIA  –


Wprowadzenie


IHS

1. Chciałabym, aby jak mi dano rozkaz i szeroką swobodę opisania sposobu modlitwy i łask, jakich mi Pan użyczył, tak było mi dozwolone jasno i jak najdokładniej opowiedzieć wielkie grzechy moje i życie niecnotliwe. Byłoby to wielką dla mnie pociechą, ale zgodzić się na to nie chciano, owszem, bardzo mię pod tym względem skrępowano i dlatego, ktokolwiek będzie czytał ten opis życia mego, proszę go na miłość Boga, by miał to na pamięci, że ono tak było grzeszne, iż między świętymi nawróconymi do Boga, żadnego nie znalazłam, którego przykład mógłby mi dodać otuchy. Bo widzę, że żaden z nich, od chwili jak Pan go zawezwał, nigdy Go już potem nie obrażał. Ja zaś nie tylko że się wracałam ku złemu, ale jeszcze jakby rozmyślnie starałam się opór stawiać łaskom, jakich mi udzielał Jego Boski Majestat, ponieważ widziałam, że one obowiązują mię do służenia Mu doskonalej, a przy tym rozumiałam, że nie zdołam w najmniejszej cząstce uiścić się Jemu z tego, co Mu jestem winna.

2. Niech będzie błogosławiony na wieki za to, że tak długo mię czekał! Błagam Go też z całego serca swego, aby mi dał łaskę, iżbym z wszelką jasnością i prawdą dopełniła tego opowiadania, które mi przykazali spowiednicy moi i sam Pan, wiem, że go od dawna żąda, tylko że ja nie śmiałam. Niech ono będzie na cześć i chwałę Jego, ci zaś którzy mną kierują, aby odtąd, lepiej mię poznawszy, wspierali nieudolność moją, bym umiała spełnić choć w części to, co winnam Panu. Niechaj Go chwali wszystko stworzenie na wieki, amen.

 

ROZDZIAŁ 1

Opowiada, jak Pan zaczął pobudzać już w dzieciństwie jej duszę do życia cnotliwego, i jaką ku temu pomocą byli jej cnotliwi rodzice.

l. To samo już, że z łaski Pana miałam rodziców cnotliwych i bogobojnych, mogło mię, gdyby nie wielka niegodziwość moja, uczynić dobrą. Ojciec mój kochał się w czytaniu dobrych książek, za czym i trzymał w domu księgi pisane w języku kastylskim, aby je dzieci jego czytały (1). Pobożne te czytania, jak również i troskliwość, z jaką matka przyuczała nas do modlitwy i do czci Najświętszej Panny i niektórych Świętych, poczęły mię pobudzać do miłości Bożej, gdy miałam — zdaje mi się — sześć czy siedem lat wieku. Utwierdzał mię przykład rodziców, w których nigdy nie widziałam dla niczego szacunku i upodobania, jeno dla cnoty. Mieli jej wiele.

Ojciec mój był mężem wielkiego miłosierdzia dla ubogich i litości dla chorych, a i dla sług także. Tak dalece, że nigdy nie mógł się zdobyć na trzymanie u siebie niewolników, dla wielkiego jakie miał nad nimi politowania (2), a gdy pewnego razu przebywała u niego niewolnica jednego z jego braci, obchodził się z nią jak z nami, własnymi dziećmi swymi. Mówił, że widok tej istoty pozbawionej wolności sprawuje mu żal nieznośny. Był również bardzo prawdomówny; nikt nigdy nie słyszał go przysięgającego albo mówiącego źle o drugich. Jednym słowem, był to człowiek w najwyższy sposób uczciwy i prawy.

2. Matka moja także miała wielkie cnoty. Całe życie zeszło jej w ciężkich niemocach. Skromności była niezrównanej; choć niepospolitą odznaczała się urodą, nigdy nie było znać w jej zachowaniu się, by do niej jaką bądź wagę przywiązywała. Miała zaledwie trzydzieści i trzy lata, gdy umarła, a tak się ubierała, jak gdyby była osobą podeszłego wieku. Dziwnie była słodka w obejściu, a rozumu bystrego. Wiele utrapień zniosła w swym życiu, umarła śmiercią święcie chrześcijańską (3).

3. Było nas trzy siostry i dziewięciu braci (4). Wszyscy oni, z łaskawości Boga, wstępowali w cnotliwe ślady rodziców. Oprócz mnie jednej, choć byłam ulubioną córką ojca mego. I pierwej niż poczęłam obrażać Boga, był zdaje mi się niejaki powód do tej szczególnej dla mnie miłości. Bo żal mi się robi, gdy wspomnę na dobre skłonności, jakimi mię Pan był obdarzył, a jak zły czyniłam z nich użytek.

4. Rodzeństwo moje w niczym nie było mi przeszkodą do służenia Bogu. Z jednym z braci, najwięcej zbliżonym do mnie wiekiem, czytywaliśmy razem żywoty Świętych. Jego kochałam najbardziej (choć do innych wielkie miałam przywiązanie i oni do mnie). Czytając o mękach, jakie wycierpieli dla Boga, myślałam, jak tanim kosztem kupili sobie szczęście dostania się do nieba i cieszenia się Bogiem; za czym wielkim zapalałam się pragnieniem poniesienia śmierci podobnej, nie żebym dla Boga tak wielką miłość czuła, ale iż pragnęłam taką krótką drogą nabyć sobie te wielkie dobra, które Święci posiadają w niebie. Wspólnie więc z tym bratem moim naradzaliśmy się, jakim sposobem moglibyśmy ten cel osiągnąć. Umawialiśmy się, że pójdziemy żebrząc po drodze dla miłości Bożej, do kraju Maurów, aby tam ucięli nam głowę; i zdaje mi się, że odwagę do tego, choć w tak młodym wieku, Pan nam dawał dostateczną, gdybyśmy tylko tam dostać się mogli. Ale główną w oczach naszych przeszkodą było to, że mieliśmy rodziców (5).

Mocno nas przerażało w czytaniach naszych to słowo, że męka, tak samo jak i chwała, trwa wiecznie. Zdarzało się nieraz, że długo o tym z sobą rozmawialiśmy i z upodobaniem powtarzaliśmy po wiele razy: Na wieki, na wieki, na wieki! Takim przez długie chwile powtarzaniem tego jednego słowa. raczył Pan wrazić w dziecinny mój umysł poznanie drogi prawdy.

5. Widząc tedy, że niepodobna puszczać się w kraje dalekie, kędy by nam życie odebrano dla Boga, postanowiliśmy zostać pustelnikami; w ogrodzie, który był przy domu naszym, próbowaliśmy, jak umieliśmy, budować pustelnie, kładąc kamyki jeden na drugim, które jednak zaraz nam się rozsypywały i tak żadną miarą nie mogliśmy trafić na sposób uskutecznienia naszego zamiaru. Dziś jeszcze pobożnego doznaję wzruszenia na wspomnienie, jak Bóg tak wcześnie mi dawał to, co z własnej winy swojej straciłam.

6. Dawałam jałmużnę ile mogłam, choć mało mogłam. Szukałam samotności na odmawianie swoich nabożeństw, których miałam wiele, w szczególności Różańca, któremu matka moja była bardzo oddana i nas uczyła pobożnie go odmawiać. Bawiąc się z innymi dziewczynkami bardzo lubiłam budować klasztorki, jak gdybyśmy były zakonnicami. I zdaje mi się, że pragnęłam zostać zakonnicą, choć nie tak gorąco tego pragnęłam jak tamtych rzeczy, o których wyżej mówiłam.

7. Gdy matka moja umarła, miałam, o ile pamiętam, dwanaście lat lub mało co mniej (6). Rozumiejąc wielkość straty, poszłam w utrapieniu swoim przed obraz (7) Matki Boskiej i rzewnie płacząc błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była, zdaje mi się, daremną; bo ile razy w jakiej bądź potrzebie poleciłam siebie tej Pannie Wszechwładnej, zawsze w sposób widoczny doznałam Jej pomocy. Aż w końcu nawróciła mię do siebie. Smuci mię teraz i boli myśl i wspomnienie o tym, co było powodem, iż nie wytrwałam w tych dobrych pragnieniach, jakie miałam z początku.

8. O Panie mój! kiedy już postanowiłeś mię zbawić, niechże z łaski Boskiego Majestatu Twego tak się stanie, i tyle mi ku temu łask użyczaj, ile mi ich przedtem użyczałeś! Czy nie byłoby dobrze w oczach Twoich — nie dla mojej korzyści, ale dla chwały Twojej — gdyby czysty był pozostał, a nie zabrudził się tak przybytek, w którym ustawicznie mieszkać miałeś? Wstyd mi i żal, Panie, wspomnieć o tym, bo wiem, że cała w tym wina moja. Ze swej strony, wyznaję, niczego nie zaniechałeś, abym od pierwszego dzieciństwa mego cała była Twoja. Ani na rodziców swoich, choćbym chciała, skarżyć się nie mogę, bo nie widziałam w nich nic, jeno wszelką dobroć i troskliwe o dobro moje staranie.

Gdy zatem, wychodząc z wieku dziecinnego zaczęłam się poznawać na wdziękach przyrodzonych, których mi Pan był użyczył, a były one, jak powiadają, wielkie, miasto należnej za nie wdzięczności i dziękczynienia, poczęłam ich używać wyłącznie na obrazę Jego, jak to zaraz opowiem.

 

ROZDZIAŁ 2

Opisuje, jak poczęła tracić wszystkie te cnoty, i jakie znaczenie w dzieciństwie ma przestawanie z cnotliwymi osobami.

l. Bardzo mi, jak sądzę, poczęła szkodzić jedna rzecz, o której teraz mówić będę. Nieraz mi na myśl przychodzi, jak to źle, gdy rodzice nie starają się o to, by dzieci ich zawsze miały przed oczyma same tylko przykłady i podniety do cnót wszelkich. Bo choć matka moja tak była pobożna, jak powiedziałam wyżej, to jednak, przychodząc do lat rozumu niewiele przejmowałam się, albo nic prawie tym, co było w niej dobrego, a ze złego wielką szkodę odniosłam. Lubiła bardzo czytać historie rycerskie (1), dla niej była to rozrywka nieszkodliwa, ja jej na złe używałam; ona dla tego czytania nie zaniedbywała obowiązków swoich, źle tylko, że nam takie rzeczy czytać pozwalała. Zapewne, jak sama dla siebie szukała w tym czytaniu sposobu oderwania myśli od wielkich cierpień, jakie jej dolegały, tak i dzieci chciała nim zająć, aby nie bawiły (s.115) się innymi rzeczami, które by je zepsuć mogły. Ojciec mój bardzo był temu przeciwny, za czym musieliśmy ukrywać się przed nim, aby nas nie zobaczył. Powoli czytanie to stawało się dla mnie nałogiem; mała ta usterka matki, z której przykład brałam, studziła dobre pragnienia moje i była mi powodem do przewinień coraz większych. Nie widziałam w tym nic złego, że marnowałam wiele godzin we dnie i w nocy na takim czczym zajęciu i to jeszcze po kryjomu przed ojcem. Do tego stopnia pochłaniała mię żądza tej przyjemności, że gdy skończywszy jedną książkę, nie miałam pod ręką nowej, uspokoić się nie mogłam.

2. Poczęłam się stroić, chciałam się podobać wykwintnością. Bardzo dbałam o utrzymanie rąk i trefienie włosów. Używałam pachnideł i wszelkiego rodzaju próżności, na jakie się zdobyć mogłam, a było ich wiele, bo w tych rzeczach byłam bardzo ciekawa i przemyślna. Przez wiele lat trwało we mnie to wygórowane upodobanie w wykwintności przesadnej i innych takich rzeczach, w których wówczas nie widziałam najmniejszego grzechu; teraz widzę, ile w tym musiało być złego. Nie miałam w tym złego zamiaru ani chciałam, by kto przeze mnie Boga obrażał.

Bywało u nas kilku moich braci stryjecznych. Bo inni młodzi ludzie nie mieli wstępu do domu ojca mego, który w tym punkcie bardzo był ostrożny. Oby i względem tych podobną był ostrożność zachował! Widzę bowiem teraz, jaka to rzecz niebezpieczna,w wieku, w którym cnoty zawiązywać się mają i wyrabiać, przestawć z takimi, którzy nie poznali się jeszcze na marności świata, ale raczej do oddawania się jej pobudzają. Byliśmy prawie równego wieku, oni jednak byli starsi ode mnie. Zawsze byliśmy razem; wielkie mieli do mnie przywiązanie, a ja też dla zrobienia im przyjemności podtrzymywałam z nimi rozmowę o wszystkim, o czym oni mówić lubili, słuchając z zajęciem, co mi opowiadali o upodobaniach i dzieciństwach swoich, niekoniecznie dobrych. W tym wszystkim to było dla mnie najgorsze, że dusza moja wówczas (s.116) poznała się z tym, co się stało przyczyna wszystkiego jej nieszczęścia (2).

3. Gdyby mnie zapytano, radziłabym rodzicom, aby pilną zwrócili uwagę na to, jakiego rodzaju ludzie obcują z ich dziećmi, póki są w wieku młodym; z tego bowiem źródła wielkie wyniknąć mogą szkody. Natura człowieka więcej do złego jest skłonna niż do dobrego.

Doświadczyłam tego na sobie. Miałam siostrę, znacznie starszą ode mnie (3), niepospolicie cnotliwą i rzadkiej dobroci serca; od niej jednak nic nie wzięłam, a za to przyswoiłam sobie wszystko złe, jakiego mię przykładem swoim uczyła jedna krewna nasza, która często u nas bywała. Była to osoba tak lekkich obyczajów, że matka moja — snadź przeczuwając jak ciężką szkodę wyrządzi mi jej towarzystwo — starała się na wszelki sposób zapobiec jej w domu naszym bywaniu. Ale ona tyle umiała wynajdywać okazji do odwiedzania nas, że trudno było odmówić jej wstępu. Z nią tedy ulubione było moje towarzystwo i rozmowa, bo mi dostarczała wszelkich zabaw i rozrywek, których pragnęłam i, owszem, do nich mię pociągała i opowiadała mi o swoich znajomościach i próżnościach. W czasie tego swojego z nią przestawania — miałam naonczas lat czternaście czy może nieco więcej — gdy ona taką ze mną, jak mówiłam, przyjaźń utrzymywała i o swoich sprawach mi opowiadała, nie zdaje mi się, bym obraziła Boga grzechem śmiertelnym albo utraciła bojaźń Bożą, choć więcej się bałam utraty dobrej sławy. Ta bojaźń była siłą i obroną moją, że czci nie postradałam i żadna rzecz na świecie, jak sądzę, nie byłaby zdołała zachwiać mojego w tym względzie postanowienia, ani żadna przyjaźń świecka skłonić mię do złego. Obym była miała podobne męstwo ku chronieniu się tego, co się sprzeciwia czci Bożej, jakie mi dawało przyrodzone usposobienie moje ku (s.117) wystrzeganiu się utraty tego, na czym zdawało mi się, że zasadza się cześć wedle świata. Nie zważałam na to, że jednak na inny sposób i to wieloraki ją traciłam.

4. W marnym pożądaniu tej czci nie znałam miary, ale środków ku zachowaniu jej nie używałam żadnych i tego tylko z wielką pilnością się strzegłam, bym nie doszła do upadku ostatecznego.

Ojciec mój i siostry bardzo nieradzi byli tej przyjaźni mojej i nieraz mi ją wymawiali. Ponieważ jednak wstępu do domu tamtej zabronić nie mogli, daremne były ich starania i czuwania nade mną, bo do wszystkiego złego przebiegłość miałam wielką. Z przerażeniem nieraz myślę o tym, jaką szkodę może wyrządzić złe towarzystwo; ledwo bym temu dała wiarę, gdyby mnie nie było nauczyło własne doświadczenie. Szczególnie w młodym wieku szkody są wielkie. Pragnęłabym. by wszyscy rodzice, przykładem moim ostrzeżeni, pilne na to mieli baczenie. W rzeczy samej, towarzystwo owej krewnej taką we mnie sprawiło zmianę na gorsze, że z przyrodzonych dobrych skłonności i szlachetności duszy nie pozostało mi prawie ani śladu, a za to ona i druga jej towarzyszka, równie lekkiemu życiu oddana, jakoby wpoiły we mnie płoche usposobienie swoje.

5. Jasny to dla mnie dowód, jak niezmierny pożytek przynosi dobre towarzystwo. Pewna jestem tego, że gdybym w owym młodym wieku miała towarzystwo ludzi cnotliwych, sama też niezachwianie utwierdziłabym się w cnocie, gdybym wówczas miała była kogo, kto by mię uczył bać się Boga, dusza moja byłaby stąd nabrała siły, aby nie upadła. Lecz gdy tej bojaźni świętej całkiem we mnie niestało, pozostała mi tylko bojaźń narażenia swej czci, która mnie w każdym postępku ścigała i dręczyła. Mimo to jednak, gdy miałam nadzieję, że nikt się o tym nie dowie, nieraz ważyłam się na rzeczy i czci, i Bogu przeciwne.

6. Takie były, jak mi się zdaje, powody pierwszych wykroczeń moich. Wina zapewne nie była tych, z którymi przestawałam, jeno moja, bo potem do złego dość mi było (s.118) własnej złości swojej; a przy tym miewałam służące, w których znajdowałam ochotną pomoc do wszelkich grzesznych zachceń swoich. Gdyby która z nich była mnie ostrzegła, może byłabym jej usłuchała; ale własny interes je zaślepiał, jak mnie niedobre skłonności. Nigdy jednak nie miałam pociągu do ciężkiego grzechu, bo wszelką nieuczciwością z natury się brzydziłam. Lubiłam tylko zabawy towarzyskie. Zawsze jednak była to okazja do grzechu i pozostając w niej, mogłam w końcu ulec niebezpieczeństwu i ściągnąć niesławę na ojca i rodzeństwo. Bóg mię z tego niebezpieczeństwa wybawił, a sposób w jaki to uczynił, jasno okazuje, iż sam, wbrew woli mojej chciał zapobiec temu, bym nie zgubiła siebie ostatecznie. Sprawki moje jednak nie mogły się tak utaić, by nie rzuciły pewnego cienia na sławę moją i ojca mego nie zaniepokoiły. Stąd też nie upłynęło, zdaje mi się, trzech miesięcy od czasu, jak zaczęłam się oddawać tym próżnościom, gdy mię umieszczono w klasztorze miejscowym (4), w którym się wychowywały panienki jednego ze mną stanu i wieku, tylko nie tak jak ja zepsute co do obyczajów. Stało się to tak po cichu, że ja jedna tylko i jeden krewny mój wiedzieliśmy o tym, bo nie chcąc zwracać uwagi świata na tę zmianę, aby się komu nie wydała dziwną, czekano odpowiedniej sposobności, którą rychło nastręczyło zamęście mojej siostry; po wyjściu jej z domu rodzicielskiego, moje w nim samej pozostawanie nie byłoby właściwe.

7. Ojciec mój tak niezmiernie mię kochał i ja tak umiałam skrywać się przed nim, że o nic złego nie mógł mnie podejrzewać, rozstał się więc ze mną jak najczulej. Co do drugich, tak krótki był czas wybryków moich, że choć coś tam może posłyszeli, żaden przecie nie mógł nic powiedzieć na (s.119) pewno; bo tak usilnie troszcząc się o dobrą sławę, wszelkich przykładałam starań, aby sprawy moje pozostały w ukryciu, nie pomnąc na to, że ukryć się nie mogą przed Tym, który wszystko widzi.

O Boże mój, ileż to skutków nieszczęsnych wynika na świecie z tego, że ludzie nie troszczą się o tę wszystkowidzącą wszechobecność Twoją i sądzą, że może utaić się jaki bądź uczynek spełniony przeciw Tobie! Z pewnością wiele oszczędzilibyśmy sobie zgryzot, gdybyśmy chcieli zrozumieć, że nie o to nam chodzić powinno, byśmy się ustrzegli oka ludzkiego, ale o to, byśmy się strzegli tego, co obraża Ciebie.

8. Przez pierwszy tydzień ciężki mi był nie tyle pobyt w klasztorze, ile raczej dręcząca mię obawa, że wiedzą o moim płochym sprawowaniu się. Bo już mi się ono było sprzykrzyło i obraziwszy Boga, nie mogłam się obronić wielkiej bojaźni Jego gniewu i starałam się jak najprędzej wyspowiadać. Byłam więc zrazu niespokojna, ale po ośmiu dniach i w krótszym nawet czasie, zdaje mi się, nierównie szczęśliwszą się czułam w klasztorze, niż przedtem w domu ojca. Wszyscy też byli ze mnie zadowoleni, bo miałam tę łaskę od Boga, że gdziekolwiek byłam, umiałam podobać się wszystkim i wszędzie byłam bardzo lubiana. Jakkolwiek stanowczą wówczas miałam odrazę do życia zakonnego, z przyjemnością jednak patrzyłam na tyle dobrych zakonnic, bo te, które były w naszym klasztorze, wielką się odznaczały obyczajnością, pobożnością i czystością życia. Z tym wszystkim jednak szatan nie przestawał mię kusić, używając do tego dawnych znajomych moich ze świata, którzy mnie poselstwami i listami nagabywali. Lecz pokuszenia te, gdy im drogę do mnie zagrodzono, prędko ustały i dusza moja powoli zaczęła na nowo się wdrażać do dawnej, dziecinnych lat moich, pobożności. Zrozumiałam wówczas, jak wielką łaskę Bóg czyni człowiekowi, gdy go otacza towarzystwem ludzi dobrych. Boski Majestat Jego, rzec by można, z niestrudzoną troskliwością obmyślał sposoby, jakby mnie nawrócić do siebie. Bądź błogosławiony Panie, żeś tak długo mię znosił, amen.

9. To jedno może do pewnego stopnia mogłoby być niejakim dla mnie uniewinnieniem, gdybym nie była tyle nagrzeszyła, że towarzyskie owe stosunki i zabawy moje były z rodzaju tych, które drogą zamęścia mogą doprowadzić do uczciwego rozwiązania. Spowiednicy też i inne osoby pobożne, których się radziłam, upewniali mię, że w tych postępkach moich, po większej części przynajmniej nie było obrazy Bożej.

10. Sypiała z nami, wychowankami świeckimi, jedna zakonnica (5), za której sprawą jak sądzę, Pan w dobroci swojej począł mnie oświecać, jak to zaraz opowiem.

 

ROZDZIAŁ 3

Opowiada tu, jak wpływ dobrego otoczenia przyczynił się do wzbudzenia w niej na nowo dobrych pragnień, i w jaki sposób Pan począł dawać jej niejakie oświecenie ku poznaniu błędu.

l. Powoli zaczynając smakować w dobrej i świętej rozmowie tej zakonnicy, chętnie słuchałam jej tak pięknie mówiącej o Bogu, bo była to osoba wysoce świątobliwa i dziwnie światła i roztropna. Zdaje mi się zresztą, że nigdy, w żadnej porze życia nie przykrzyło mi się słuchać rozmowy o Bogu. Poczęła mi opowiadać, jak przyszła do postanowienia wstąpienia do zakonu za samym tylko przeczytaniem tego wyroku Ewangelii, iż “wielu jest wezwanych, ale mało wybranych” (Mt 20, 16). Mówiła mi o nagrodzie, jaką Pan zgotował tym, którzy wszystko opuszczą dla Niego. Codzienne z tą świątobliwą osobą obcowanie niszczyło powoli we mnie grzeszne nawyknięcia, nabyte przez złe towarzystwo, w jakim przedtem żyłam, poczęło kierować znowu myśl moją ku rzeczom wiecznym (s.121) i umniejszać powoli odrazę do życia zakonnego, którą wówczas miałam bardzo silną. Ile razy widziałam którą z tych pobożnych dusz płaczącą na modlitwie albo spełniającą jaki uczynek cnotliwy, zazdrościłam jej tego szczęścia, bo moje serce wówczas takie było twarde, że mogłam przeczytać całą historię Męki Pańskiej nie uroniwszy ani jednej łzy, choć bardzo się tą nieczułością swoją martwiłam.

2. Pozostawałam w tym klasztorze półtora roku i wielką ten czas sprawił we mnie odmianę na lepsze. Poczęłam odmawiać długie modlitwy ustne, usilnie polecając siebie modlitwom wszystkich, aby Bóg raczył mi wskazać, w jakim stanie chce abym Mu służyła. W głębi serca jednak nie chciało mi się być zakonnicą i pragnęłam, aby nie upodobało się Bogu do tego stanu mię powołać, choć również bałam się zamęścia.

Pod koniec jednak mojego tam pobytu więcej już się skłaniałam do powołania zakonnego, ale nie w tym klasztorze, bo niektóre ćwiczenia pobożne, o których dowiedziałam się, że tam są przestrzegane, wydawały mi się przesadnie surowe. Niektóre też z młodszych zakonnic utwierdzały mnie w tym zdaniu; gdyby wszystkie były jednej myśli, łatwiej byłabym błąd swój zrozumiała. Miałam nadto serdeczną przyjaciółkę (1) która służyła Bogu w innym klasztorze; za czym gdybym miała być zakonnicą, nie chciałam zostać jeno tam, gdzie ona przebywała. Więcej miałam na myśli marną pociechę własną i skłonność przyrodzonych uczuć, niż istotne dobro swojej duszy. Dobre te myśli wstąpienia do zakonu przychodziły mi chwilami i potem znowu znikały, a na postanowienie zdobyć się nie mogłam.

3. Chociaż sama w owym czasie troszczyłam się o pożytek swój duchowy, Pan jednak w swej najłaskawszej o duszę moją troskliwości, skuteczniejszego użył sposobu ku skłonieniu mnie do tego stanu, który był dla mnie najlepszy. Zesłał na mnie ciężką chorobę, z powodu której zmuszona byłam powrócić do domu swego ojca. Gdym przyszła do zdrowia, zawieziono (s.122) mię na wieś do mojej siostry (2), z którą pragnęłam się zobaczyć; kochała mię niezmiernie i gdyby to od niej było zależało, nigdy bym już nie była z nią się rozstała. Mąż jej także bardzo mię lubił, a przynajmniej wszelką życzliwość mi okazywał. Jest to także wielka łaska, którą zawdzięczam Panu, a ja Mu przecie za to tak nędznie służyłam, jak sama nędzna jestem.

4. Po drodze naszej mieszkał brat mego ojca, mąż niepospolicie mądry i cnotliwy. Po śmierci żony, Pan tak skutecznie do siebie go pociągnął, iż w późnym już wieku opuścił wszystko, co miał i wstąpił do klasztoru, gdzie umarł tak piękną śmiercią, że teraz pewno, jak słusznie mniemać mogę, cieszy się posiadaniem Boga. Na żądanie jego zatrzymałam się u niego kilka dni. Ulubionym zajęciem jego było czytanie dobrych książek w narzeczu kastylskim; rozmowa jego najczęściej była o Bogu i o marności świata. Kazał mi czytać przy sobie z tych książek; nie bardzo mię bawiło to czytanie, okazywałam jednak wielkie z niego zadowolenie, bo w chęci dogodzenia drugim, choćby z przykrością dla siebie, nie znałam miary. I tak, co w drugich byłoby cnotą, we mnie było nagannym zapędem, bo często w swojej usłużności daleko wykraczałam z granic roztropności.

O Boże wielki! Jakimiż to skrytymi drogami najłaskawszy Majestat Twój sposobił mię powoli do tego stanu, w którym chciałeś, abym Ci służyła i wbrew woli mojej zmuszał mię, abym się przezwyciężyła! Bądź za to błogosławiony na wieki, amen.

5. Tylko kilka dni zabawiłam u stryja. Jednak dzięki silnemu wrażeniu, jakiego tam w sercu doznałam od czytania i słuchania słowa Bożego, dzięki również wpływowi, jaki wywierało na mnie bliskie z tak świątobliwym człowiekiem obcowanie, zaczęłam coraz jaśniej rozumieć prawdy niegdyś w dziecinnych (s.123) latach poznane, jako wszystko jest niczym, jak marnym jest ten świat i jak prędko przemija; strach mię ogarniał na myśl, że śmierć gdyby wówczas na mnie przyszła, zastałaby mię na drodze wiodącej do piekła. Chociaż wola moja jeszcze nie mogła się zdobyć na to, by się skłoniła do stanu zakonnego, już przecie uznawałam, że jest to stan najlepszy i najbezpieczniejszy, i tak powoli dojrzewało we mnie postanowienie zmuszenia siebie do jego obrania (3).

6. W tej walce wewnętrznej przebyłam trzy miesiące, pokonywając opór swojej woli tą zwłaszcza uwagą, że utrapienia i cierpienia życia zakonnego nie mogą być większe od mąk czyśćcowych, a ja z pewnością zasłużyłam na piekło, że zatem niewielka to z mojej strony ofiara żyć tu jakby w czyśćcu, a dopiero potem pójść prosto do nieba, jak tego nade wszystko pragnęłam.

Z tego wnoszę, że ten mój pociąg do powołania zakonnego pochodził raczej z niewolniczej bojaźni niż z miłości. Poddawał mi szatan myśli, że nie zdołam wytrzymać surowości życia zakonnego będąc tak miękko wychowaną, ale broniłam się od tej pokusy pamięcią na męki, jakie cierpiał Chrystus. Niewielka to rzecz, że ja nieco ucierpię dla Niego. Że On sam w ponoszeniu trudów dla miłości Jego podjętych mię wspomoże, o tym choć myśleć byłam powinna, nie pamiętam czy wówczas myślałam. Przeszłam w tym czasie chwile ciężkich pokus.

7. Przy tym i gorączka mocno mi dolegała, bo zawsze byłam słabego zdrowia. To jedno mi sił dodawało, że po dawnemu kochałam się w dobrych książkach. Czytałam Listy świętego Hieronima, które tak mię na duchu umocniły, że zdobyłam się na oznajmienie postanowienia swego ojcu. Dla mnie równało się to niejako samemuż przywdzianiu habitu, bo tak byłam niezłomna w dotrzymaniu słowa, że raz wymówionego za nic bym, zdaje mi się, nie cofnęła. Lecz ojciec tak mocno mię kochał, że w żaden sposób nie mogłam go skłonić do zgodzenia się na moje postanowienie; również bezskuteczne (s.134) pozostały przedstawienia drugich, których prosiłam, by się za mną do niego wstawili. Tyle zaledwo zdołaliśmy wymóc na nim, że po śmierci jego wolno mi będzie uczynić co zechcę. Lecz ja, nie dowierzając samej sobie i bojąc się słabości swojej woli, bym się snadź nie zachwiała w postanowieniu, nie uważałam, by taka zwłoka była dla mnie z pożytkiem. Przeto inną drogą postarałam się dojść do celu, jak teraz opowiem.

 

ROZDZIAŁ 4

Opowiada, jak jej Pan dopomógł do odniesienia ostatecznego zwycięstwa nad sobą do przywdziania habitu, i jak począł zsyłać na nią wiele różnych niemocy.

1. W czasie gdy się z tymi myślami i z tym zamiarem nosiłam, skłoniłam jednego z braci swoich (1) do zostania zakonnikiem, stawiając mu przed oczy marność tego świata. Umówiliśmy się zatem, że pewnego dnia wcześnie z rana wyjdziemy z domu i pójdziemy do tego klasztoru (2), w którym przebywała owa przyjaciółka moja, którą, jak powiedziałam wyżej, kochałam serdecznie. W tym ostatecznym postanowieniu swoim tak już byłam niezachwianie utwierdzona, że równie chętnie byłabym poszła do każdego innego klasztoru, jeślibym uznała, że lepiej w nim będę mogła służyć Bogu, albo jeśliby ojciec (s.125) chciał tego; bo jedynie już miałam na celu zbawienie duszy swojej, a o spokój i przyjemność własną zgoła nie dbałam.

Żywo mi stoi w pamięci, co się we mnie działo, gdym opuszczała dom ojca; takiego, prawdę mówiąc, doznawałam wówczas rozdarcia wewnętrznego, że nie sądzę, by w godzinę śmierci mogło być sroższe. Zdawało mi się, że wszystkie kości rozluźniają się we mnie i ze stawów wychodzą; bo iżem nie miała miłości Bożej, która by stłumiła przywiązanie do ojca i do rodzeństwa, rozstanie z nimi tak ciężką we mnie wzbudzało walkę wewnętrzną, iż gdyby Pan nie był mię wspomógł, wbrew najlepszym chęciom nie stałoby mi siły do uczynienia tego kroku. Ale On dodał mi męstwa do zwyciężenia samej siebie, i dzięki Jemu przywiodłam zamiar swój do skutku.

2. W chwili przywdziania habitu Pan zaraz dał mi uczuć jak jest łaskawy dla tych, którzy przezwyciężają samych siebie dla służenia Jemu; lecz gwałtu tego i walki wewnętrznej nikt we mnie nie poznał; wszyscy widzieli tylko wolę radośnie ochotną. Tak wielkie w tejże chwili dał mi uradowanie wewnętrzne z tego, że jestem zakonnicą, iż nigdy ono aż dotąd we mnie nie ustało. Oschłość, jaką przedtem cierpiała dusza moja, przemienił mi Bóg w najsłodsze uczucie miłości swojej. Wszystkie obowiązki i ćwiczenia zakonne rozkosz mi sprawiały, i doprawdy, nieraz gdy zamiatałam podłogi klasztorne w tych samych godzinach, które przedtem trawiłam na świeckich zabawach i strojach, na myśl, że już jestem wyzwolona od tych próżności, czułam w sobie nowe jakieś wesele i sama sobie się dziwiłam, nie mogąc sobie zdać sprawy, skąd to pochodzi. Gdy na to wspomnę, nie ma rzeczy tak ciężkiej, której bym bez wahania nie podjęła.

Wiem bowiem o tym z wielokrotnego doświadczenia, że gdy na samym wstępie zdobędę się na postanowienie uczynienia jakiej rzeczy dla miłości Boga samego, Boski Majestat Jego jeszcze w tym życiu odpłaca mi za to w sposób, którego słodkość ten tylko znać może, kto jej sam kosztuje. Chociaż nieraz Bóg dla większej zasługi naszej dopuszcza, że dusza, nim rękę przyłoży do dzieła, czuje niejaki strach, ale im (s.126) większy ten strach, tym większą i tym słodszą, gdy go przezwycięży, dusza potem otrzymuje nagrodę. O tym, powtarzam, wiem z własnego doświadczenia, nabytego w niejednym bardzo trudnym zdarzeniu, toteż, gdybym miała komu dawać radę, nigdy nie radziłabym, gdy mu po wiele razy przychodzi jakie dobre natchnienie, zaniechać go przez bojaźń i w czyn go nie zamienić. Co szczerze i z czystej miłości podejmie dla Boga samego, to niech się nie lęka, by nie miało się poszczęścić, bo Bóg mocen jest wszystko uczynić. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen.

3. Dość, o najwyższe Dobro moje i odpocznienie serca mego! Dość było tych łask, które mi dotąd uczyniłeś, żeś mię z wielkiego miłosierdzia i wielmożności swojej przez tyle błędnych dróg pociągnął do stanu tak bezpiecznego i do domu, w którym mieszka wiele służebnic Twoich, abym za ich przykładem mogła postępy czynić i pomnażać się w służbie Twojej. Już więc nie wiem co dalej powiem, gdy wspomnę na sposób, w jaki się odbyła profesja moja i jako wielkim sercem i z radością ją uczyniłam, i na zaślubiny jakie z Tobą zawarłam. O tym bez łez mówić nie mogę, a powinny by to być łzy krwawe i serce powinno by mi się krajać, i żadnego żalu nie byłoby nadto, iż po tym wszystkim jeszcze Ciebie obrażałam.

Widzę teraz, że słusznie wzbraniałam się od tak wielkiej godności, kiedy tak jej na złe użyć miałam. Ale Ty, Panie, lat blisko dwadzieścia chciałeś znosić ode mnie takie nadużywanie tej łaski swojej, chciałeś tak długo cierpieć krzywdę swoją, abym ja w końcu lepsza się stała. Zdawałoby się, Boże mój, że składając u stóp ołtarza śluby zakonne, to tylko Ci obiecywałam, że nie dotrzymam w niczym tego, co Ci obiecywałam. Zapewne, że wówczas nie miałam takiego zamiaru, ale gdy patrzę na takie uczynki moje, sama już nie wiem, jaki był wówczas mój zamiar. Chyba na to tylko potrzebne były te niewierności moje, aby się jaśniej okazało, kto Ty jesteś, Oblubieńcze mój, a kto ja. Bo doprawdy, gorzkość żalu za wielkie winy moje w słodkość i radość mi się przemienia na myśl, iż przez nie się objawia mnóstwo miłosierdzia Twego. (s.127)

4. Bo i na kim, Panie, może ono w tak wspaniałym okazywać się blasku, jak okazało się nade mną, któram złymi uczynkami swoimi tak zaćmiła te wielkie łaski, które poczynałeś mi czynić? Nieszczęsna ja! Jakkolwiek bym się chciała tłumaczyć, Boże Stworzycielu mój, nie masz dla mnie żadnej wymówki i wina cała moja! Bo gdybym Ci się choć w cząstce najmniejszej odwdzięczała za miłość, jaką mi poczynałeś okazywać, nie byłabym mogła nikomu oddać miłości swojej, jeno Tobie samemu, a miłość Twoja byłaby wszystko naprawiła. Ale iżem niewarta była takiego szczęścia dostąpić, niech teraz miłosierdzie Twoje, Panie, pokryje nędzę moją.

5. Pomimo wielkiego, jakie w duszy miałam, rozradowania, zmiana sposobu życia i pożywienia szkodliwie wpłynęła na zdrowie moje. Niemoce moje coraz bardziej się wzmagały: cierpiałam tak gwałtowne bóle serca, że widok ich przerażał patrzących; przyłączyły się do tego różne inne choroby. Tak przeszedł mi cały pierwszy rok w bardzo złym stanie zdrowia, ale w ciągu tego czasu niewiele, zdaje mi się, Boga obrażałam. Cierpienia moje były tak wielkie, że prawie ciągle byłam bliską omdlenia, a nieraz i całkiem odchodziłam od zmysłów, co widząc mój ojciec, wszelkich szukał i używał sposobów dla uleczenia mego. Ponieważ lekarze miejscowi nic mi nie pomagali, więc postarał się o przewiezienie mnie na inne miejsce, używające wielkiej sławy jako miejsce lecznicze na wszelkie choroby, gdzie zatem sądzono, że i ja wyzdrowieję. Towarzyszyła mi owa przyjaciółka moja, o której wyżej mówiłam, należąca do tegoż klasztoru i licząca się do starszych. W klasztorze, w którym zostałam zakonnicą, nie ślubowano klauzury.

6. Pozostawałam w owym miejscu blisko rok cały; przez trzy miesiące w tym czasie cierpiałam męki tak niewypowiedziane od gwałtownego sposobu leczenia, że nie wiem jak to zdołałam wytrzymać; ostatecznie też, chociaż odważnie je znosiłam, organizm mój nie wytrzymał ich, jak w dalszym ciągu opowiem. Leczenie miało się rozpocząć z nastaniem wiosny, a wyjazd mój z klasztoru nastąpił jeszcze w początku (s.128) zimy; cały ten czas spędziłam w domu siostry mojej (3), o której mówiłam wyżej; wieś jej była niedaleko od miejsca (4), na które się miałam udać; wolałam więc u niej doczekać kwietnia, nie narażając się na niepotrzebne jazdy tam i na powrót.

7. W przejeździe, stryj mój, który, jak mówiłam, mieszkał po drodze, darował mi książkę, pod tytułem Trzecie abecadło (5), traktującą o sposobie modlitwy wewnętrznej czyli rozmyślania. W tym pierwszym roku dużo byłam czytała dobrych książek (innych już nigdy czytać nie chciałam, pomnąc na to, jaką z nich szkodę odniosłam). Nie wiedziałam jednak jeszcze, jak się zachowywać na modlitwie i jakich używać sposobów dla skupienia się w duchu. Bardzo więc ucieszyłam się z tej książki i postanowiłam trzymać się ze wszystkich sił swoich drogi w niej wskazanej. A że Pan już przedtem był mi użyczył daru łez i czytanie duchowne było dla mnie rozkoszą, więc poczęłam w pewnych godzinach oddawać się samotności, spowiadać się szczegółowo i postępować we wszystkim tą drogą, biorąc sobie ową książkę za przewodnika i nauczyciela. Nie miałam bowiem innego nauczyciela, spowiednika mówię, który by mię rozumiał, choć go szukałam przez całe dwadzieścia lat od czasu, który tu opisuję, co mi wielką szkodę wyrządziło, tak iż po wiele razy cofałam się wstecz i o mało, że całkiem nie zginęłam. Spowiednik dobry byłby mi co najmniej dopomógł do uchronienia się okazji obrazy Bożej, w jakich zostawałam.

W tych pierwszych zawiązkach duchowego życia mego, Boski Mistrz tak wielkich począł mi łask udzielać, że w końcu mojego w onej samotności pobytu, który trwał około dziewięciu miesięcy (choć nie tak zachowywałam się wolną od obrazy Bożej jak mi to książka moja przepisywała, ale na to nie (s.129) zważałam; takie w najmniejszych rzeczach czuwanie nad sobą wydawało mi się prawie niepodobne), wystrzegałam się grzechu śmiertelnego. A bodajbym choć to zawsze była czyniła! O grzechy powszednie mało się troszczyłam i to mię gubiło... Począł więc Pan tak mię na tej drodze hojnością darów swoich obsypywać, iż mi użyczał łaski modlitwy odpocznienia, a niekiedy nawet podnosił mię aż do modlitwy zjednoczenia. Choć nie rozumiałam jeszcze ani jednej, ani drugiej i wysokiej ceny ich nie znałam, a zrozumienie ich wielkim, jak sądzę, byłoby dla mnie pożytkiem. Prawda, że chwile tego zjednoczenia były tak krótkie, iż nie wiem czy trwały dłużej nad jedno Zdrowaś Maryjo, ale skutki pozostawiały po sobie wielkie. Choć nie miałam wówczas jeszcze dwudziestu lat (6), zdawało mi się, że wszystek świat trzymam zdeptany pod nogami i litowałam się nad tymi, którzy mu służą, chociażby w rzeczach godziwych.

Starałam się, o ile to było w mojej możności, przedstawiać sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa, Pana naszego i wszystko dobro nasze; ten był mój sposób modlitwy. Rozważając jaki szczegół Jego życia, wyobrażałam sobie, jakby się spełniał we wnętrzu duszy mojej Ale najwięcej smakowałam w czytaniu dobrych książek, co było głównym dla mnie posileniem duchowym. Daru rozmyślania rozumem Bóg mi nie użyczył ani przedstawiania sobie rzeczy duchowych za pomocą wyobraźni, którą mam tak ciężką, że nawet Człowieczeństwa Pana Jezusa, choć Go w myśli i w sercu miałam obecnego, wyobrazić sobie, jakkolwiek się starałam, nigdy nie potrafiłam. Chociaż przy tej niezdolności do rozmyślania rozumem, dusza, jeśli wytrwa, prędzej dochodzi do kontemplacji. Jest to jednak droga bardzo mozolna i trudna, bo gdy woli brak przedmiotu, którym by się zajęła i na którym by, jako obecnym, miłość spoczęła, dusza pozostaje jakby bez podpory i bezczynna, osamotnienie i oschłość bardzo jej dolegają i myśli obce ciężką walkę z nią toczą.

8. Duszom tak usposobionym, większej potrzeba czystości sumienia niż takim, które umieją rozważać rozumowo, te ostatnie bowiem, rozmyślając nad marnością świata, nad tym co człowiek winien Bogu, jak wiele Bóg za niego ucierpiał, jak on za to niedołężnie Bogu służy i jakie nagrody Bóg oddaje tym, którzy Go miłują, odnoszą z tego wszystkiego naukę, którą się bronić mogą od obcych myśli, od okazji i niebezpieczeństw. Lecz komu nie dostaje takiej ze strony rozumu pomocy, ten więcej jest narażony na one myśli i niebezpieczeństwa, potrzeba mu więc pilnie oddawać się czytaniu, skoro sam z siebie żadnej przeciwko nim obrony zaczerpnąć nie zdoła. Jest to droga tak trudna i męcząca, że gdyby przewodnik duchowny nastawał na taką duszę, aby zaniechała czytania (które postępującemu tą drogą bardzo jest pomocne do skupienia ducha, owszem i niezbędnie potrzebne, chociażby zresztą czytał niewiele i tyle tylko ile potrzeba na zastąpienie modlitwy wewnętrznej, do której nie jest zdolny), gdyby więc, mówię, takiej duszy kazano bez tej pomocy długo zostawać na modlitwie, twierdzę, że niepodobna, by długo wytrzymywała ten przymus i, jeśliby dłużej pod nim zostawała, zdrowie jej na tym ucierpi. Jest to, powtarzam, trud i walka nad siły.

9. Było to, jak teraz widzę, szczególne zrządzenie łaskawości Pańskiej, że nie znalazłam nikogo, kto by mną kierował, bo gdyby mi się był trafił taki przewodnik, który by mi zabraniał czytania, a zmuszał mię do samej tylko modlitwy myśnej, żadną miarą, zdaje mi się, nie byłabym wytrzymała tych udręczeń wewnętrznych i dojmujących oschłości, które cierpiałam przez osiemnaście lat skutkiem tej, jak mówiłam, niemożności rozmyślania rozumem. Przez cały ten czas nigdy, z wyjątkiem dziękczynienia po Komunii, nie śmiałam przystąpić do modlitwy bez książki. Sama myśl zaczęcia modlitwy nie mając książki przy sobie, tak mnie do głębi duszy przerażała, jak gdybym sama jedna miała wyjść na spotkanie całej gromady czyhających na mnie nieprzyjaciół. Mając pod ręką tę pomoc, która mi była jakby towarzystwem i puklerzem do odbijania pocisków nastających na mnie myśli obcych, (s.131) uspokajałam się. Oschłości wtedy były rzadkim wyjątkiem, ale zawsze je miewałam, ile razy brakło mi książki, bo zaraz wtedy trwożyła się dusza moja i myśli moje się gubiły; dopiero za pomocą książki powoli je znowu skupiałam i duszę, jakby ponętą, do modlitwy pociągałam. Często dość mi było na to samego już otworzenia książki, w innych razach czytałam krócej lub dłużej, wedle miary łaski, jakiej mi Pan użyczał.

Zdawało mi się w tych pierwszych początkach, o których tu mówię, że bylebym miała książkę i trzymała się samotności, żadne niebezpieczeństwo nie zdoła pozbawić mię tak wielkiego dobra. I zapewne tak by było przy łasce Bożej, gdybym była miała przewodnika czy kogo bądź, który by mię uczył chronić się zawczasu okazji, albo rychło mię z nich wyprowadzał, gdybym w nie wpadła. I gdyby czart wówczas otwarcie mię napastował i kusił, żadną miarą zdaje mi się, nie byłabym się zgodziła na grzech śmiertelny. Ale podejścia jego były tak chytre, a ja tak niedobra, że wszystkie moje postanowienia na nic się nie przydały, choć prawda, że dni, w których służyłam Bogu, bardzo wiele mi pomogły, dając mi siłę do znoszenia straszliwych, jakie cierpiałam, niemocy z tak wielką cierpliwością, jakiej mi Boski Majestat Jego użyczał.

10. Częstokroć, na wspomnienie owych czasów zdumiewałam się nad taką wielką dobrocią Boga i dusza we mnie radowała się na widok niezmiernej hojności i miłosierdzia Jego. Niech będzie błogosławiony za wszystko, bo widziałam jasno, że nigdy żadnego dobrego mego pragnienia nie pozostawił, jeszcze w tym życiu bez nagrody! Jakkolwiek nędzne i niedoskonałe były uczynki moje. Pan bezprzestannie naprawiał je i doskonalszymi czynił, i wartości im dodawał, a złe uczynki i grzechy moje natychmiast pokrywał. W samychże nawet oczach tych, którzy na nie patrzą, boska łaskawość Jego dopuszcza, że znikają, jakby ich nie widzieli i w pamięci ich się zacierają. Zasłaniając winy moje jakoby je pozłaca i pokrywa blaskiem cnoty, którą On sam sprawuje we mnie i niejako zmusza mię wbrew mojemu sprzeciwianiu się, abym ją posiadała. (s.132)

11. Wracając teraz do tego, co mi kazano, nasamprzód oświadczam, że gdybym miała po szczególe opowiadać, w jaki sposób Pan w tych pierwszych czasach kierował mną i rządził, większego, niż ja go mam, potrzeba by na to rozumu, aby należycie uwydatnić nieocenione łaski, jakie Mu w tym czasie zawdzięczam, i moją niewdzięczność i złość, iż wszystko to mogło mi wyjść z pamięci. Niech będzie błogosławiony na wieki za tę cierpliwość, z jaką tak długo mię znosił. Amen.

 

ROZDZIAŁ 5

Opisuje w dalszym ciągu wielkie niemoce, jakie miała do zniesienia, i cierpliwość, z jaką Pan jej dał przetrwać, i jak Pan umie złe obracać w dobre, jak się to okazało w pewnym zdarzeniu, w miejscu, gdzie dla leczenia się przebywała.

1. Opowiadając wyżej, jak przebyłam rok nowicjatu, zapomniałam nadmienić o wielkich udręczeniach, jakie miewałam z powodu rzeczy w istocie mało ważnych. Często mię strofowano za winy, do których się nie poczuwałam; przyjmowałam te upomnienia z wielką przykrością i z bardzo niedoskonałym usposobieniem, choć przy górującym nad wszystkim rozradowaniu, jakim mnie napełniała ta myśl, że jestem zakonnicą, wszystko to odważnie znosiłam. Widząc mnie chroniącą się na samotność i nieraz płaczącą nad grzechami swoimi, towarzyszki moje sądziły, że jestem niezadowolona i głośno się z tym domysłem swoim odzywały.

Ja do wszelkich ćwiczeń zakonnych ochotną miałam wolę, ale trudno mi było znieść najmniejszą oznakę pogardy czy lekceważenia. Rada byłam, gdy mi okazywano szacunek; wszystko, co czyniłam, starałam się czynić z wdziękiem i wytwornością. Wszystko to zdawało mi się być cnotą, nie może jednak być dla mnie wymówką, bo bardzo dobrze o tym wiedziałam, że we wszystkim szukam własnego zadowolenia swego, więc nieświadomość moja nie zwalnia mnie od winy. (s.133) Usprawiedliwia nieco tylko to, że klasztor nasz nie odznaczał się wielką doskonałością. A ja, niecnotliwa, co widziałam zdrożnego, tego się chwytałam, a co było dobrego, pomijałam.

2. Była tam wówczas jedna zakonnica, złożona ciężką bardzo i bolesną niemocą. Skutkiem obstrukcji poczyniły się jej były otwory w żołądku, którymi wychodziło cokolwiek przyjmowała. W krótkim też czasie z tej choroby umarła. Wszystkie wzdrygały się przerażone na widok tego okropnego cierpienia. We mnie tylko cierpliwość chorej wielką zazdrość wzbudziła. Prosiłam Boga, aby jeśli raczy użyczyć mi podobnej cierpliwości, zesłał na mnie wszelkie, jakie Mu się spodoba choroby. Nie było, zdaje mi się tak wielkiej, której bym się lękała; bo takie było we mnie pożądanie dóbr niebieskich, iż bez wahania gotowa byłam na wszelkie cierpienia dla ich osiągnięcia. Sama się dziwię takiej wówczas gotowości mojej, bo nie miałam jeszcze — zdaje mi się — tej wielkiej miłości Boga, jakiej, jeśli się nie mylę, nabyłam od czasu jak zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Było to tylko pewne oświecenie wewnętrzne, w którym poznawałam niewartą zachodu marność wszystkiego tego, co przemija, a nieskończoną cenę tych dóbr, które przez zrzeczenie się rzeczy ziemskich nabyć można, bo są to dobra wieczne.

Pan w łaskawości swojej wysłuchał prośby mojej i nim jeszcze drugi rok upłynął, popadłam w stan taki, iż choć cierpienie moje innego było rodzaju niż choroba owej zakonnicy, sądzę przecie, że nie było ono mniej bolesne i dojmujące; cierpienie to trwało trzy lata, jak zaraz opowiem.

3. Gdy przyszedł czas leczenia, którego oczekiwałam mieszkając, jak mówiłam, na wsi u siostry mojej, ojciec mój wraz z siostrą i ona zakonnicą, przyjaciółką moją, która z wielkiej swej dla mnie miłości towarzyszyła mi od wyjazdu z klasztoru z troskliwym o wygodę moją w drodze staraniem, przewieźli mię na miejsce kuracji.

Tu szatan począł trwożyć i nękać duszę moją, ale Bóg to w wielkie dobro obrócił. W miejscu, gdzie przebywałam dla leczenia się, mieszkał pewien duchowny, mąż bardzo dobrego rodu i bystrego rozumu; miał i naukę, choć niewielką. Zaczęłam się spowiadać u niego.

Zawsze miałam pociąg do ludzi z nauką, choć niemałą duszy mojej szkodę wyrządzili spowiednicy niedouczeni, ponieważ, prawdziwie uczonych, jakich pragnęłam, nie miałam. Przekonałam się o tym z własnego doświadczenia, że spowiednikowi, jeśli jeno jest kapłanem cnotliwym i świątobliwych obyczajów, lepiej jest nie mieć żadnej nauki niż mieć niedostateczną; bo wówczas ani on nie będzie dowierzał sobie bez poradzenia się takich, którzy mają rzetelną naukę, ani też ja na nim z ufnością zupełną polegać nie będę. Spowiednik naprawdę uczony nigdy mnie w błąd nie wprowadził. I tamci bez wątpienia nie mieli zgoła zamiaru oszukiwać mię, tylko że nie umieli lepiej. Ja zaś sądziłam, że posiadają naukę potrzebną i że jedynym obowiązkiem moim jest wierzyć im, tym bardziej, że rady i decyzje ich były luźne i szeroką mi pozostawiały swobodę. Gdyby mię byli ścieśniali, pewno przy niecnotliwym usposobieniu swoim byłabym sobie poszukała innych. Co było grzechem powszednim, w tym upewniali mię, że żadnego nie ma grzechu. Co było bardzo ciężkim grzechem, to mi podawali za powszedni. Tak wielką stąd szkodę odniosłam, że powinnam, zdaje mi się, wspomnieć tu o tym dla przestrogi drugich, aby ich podobne nieszczęście nie spotkało, bo co do mnie, jasno to widzę, że przed Bogiem żadną mi to nie może być wymówką. Samo to, że rzeczy, na które mi pozwalano, z natury swojej były niedobre, już powinno było od nich mię powstrzymać. Snadź za grzechy moje Bóg to dopuścił, że oni błądzili i mnie w błąd wprowadzali. Ja zaś w błąd wprowadzałam wiele innych, powtarzając im to, co od tamtych słyszałam.

Trwałam w tym zaślepieniu, zdaje mi się, przeszło siedemnaście lat, aż dopiero jeden Ojciec Dominikanin, wielki teolog (1) po części wywiódł mię z błędu. W końcu ojcowie z Towarzystwa Jezusowego oświecili mię do reszty i mocno (s.135) przerazili mię, ukazując mi przewrotność owych fałszywych zasad, jak to w swoim miejscu opowiem (2).

4. Gdy tedy zaczęłam się spowiadać u tego duchownego, o którym wspomniałam, on nadzwyczajnie mię polubił; wówczas bowiem, w porównaniu z tym, co było później, mało co miałam do wyznania na spowiedzi, nawet od czasu jak zostałam zakonnicą. Miłość jego dla mnie nie była grzeszna, ale przez zbytnią czułość mogła się stać niedobra. Z tego, co mu mówiłam, rozumiał dobrze, że nigdy za nic na świecie nie zgodziłabym się obrazić Boga w rzeczy ważnej; on też z swojej strony podobne mi dawał co do siebie zapewnienie. Zatem częste mieliśmy ze sobą rozmowy. Pomimo wszelkich niedoskonałości swoich, mając duszę przenikniętą słodkim uczuciem obecności Boga, w niczym tak nie smakowałam jak w rozmowie o rzeczach Bożych; zapał mój, zwłaszcza, że tak jeszcze byłam młoda, zdumiewał go i zawstydzał; aż wreszcie pod wpływem wielkiej swej dla mnie przychylności wyznał mi nieszczęsny stan duszy swojej. Grzech jego był niemały; od blisko siedmiu lat żył w stanie zatracenia, utrzymując występnie miłosny stosunek z kobietą, w tymże miejscu zamieszkałą, a przy tym sprawował Mszę świętą. Rzecz była głośna, z wielkim uszczerbkiem czci i sławy jego; nikt jednak nie śmiał wymawiać mu tego w oczy. Mnie go było szczerze żal, bo lubiłam go bardzo. W wielkiej lekkomyślności i ślepocie swojej (s.136) za cnotę to sobie poczytywałam, że okażę się jemu wdzięczną i wierną mu pozostanę za jego dla mnie przyjaźń i życzliwość. Przeklęta taka wierność, która posuwa się aż do sprzeniewierzenia się prawu Bożemu! Jest to przewrotny obyczaj świata, na którego wspomnienie wszystko się we mnie przewraca. Boć wszystko, cokolwiek ludzie nam uczynią dobrego, Bogu zawdzięczamy. A my za cnotę sobie poczytujemy nie zrywać przyjaźni ludzkiej, chociażby była z obrazą Boga! O ślepoto świata! Jakie by to było szczęście dla mnie, Panie, i jakie uczczenie Ciebie, gdybym była się okazała najniewdzięczniejszą względem wszystkiego świata, bylebym tylko w niczym nie zaniechała należnej Tobie wdzięczności! Lecz dla grzechów moich stało się przeciwnie.

5. Starałam się zasięgnąć bliższych wiadomości od domowników jego, przez których też dokładnie się dowiedziałam o szczegółach upadku jego. Przekonałam się, że biedny nie tyle był winien, ile się wydawać mogło; nieszczęsna owa kobieta wymogła na nim, aby dla miłości jej nosił na szyi jakiś bałwanek miedziany, do którego była przywiązała czary. I nie było człowieka, który by zdołał go skłonić do porzucenia tej bezecnej pamiątki.

Ja stanowczo nie wierzę, by było prawdą to, co opowiadają o podobnych czarach, ale mówię to na co sama patrzałam, dla przestrogi drugich, aby się strzegli kobiet, które się na takie drogi puszczają. Niech będą pewni, że która raz utraci wstyd przed Bogiem i tę skromność, do której sama już płeć niewieścia więcej ją obowiązuje niż mężczyznę, takiej w niczym już zaufać nie można, bo dla osiągnięcia celu swego i dla zaspokojenia tej żądzy, którą szatan w niej roznieca, nie masz niegodziwości, na którą by się nie ważyła. Co do mnie, choć tak byłam niecnotliwa, tego rodzaju winy nigdy się nie dopuściłam, nigdy nie miałam zamiaru czynić co złego, nigdy nie starałam się, choć mogłam, zmusić czyjejś woli, aby się do mnie skłoniła, bo Pan mię od takiego grzechu uchował. Gdyby mię był pozostawił samej sobie, byłabym i w tym zgrzeszyła, (s.137) jak grzeszyłam w innych rzeczach, bo na mnie w niczym polegać nie można.

6. Gdy się dowiedziałam o tym wszystkim, poczęłam mu okazywać większą jeszcze przychylność. Zamiar mój był dobry, ale uczynek zły; bo dla dobrego celu, chociażby był najlepszy, nie godziło mi się uczynić najmniejszego zła. Mówiłam mu najczęściej o Bogu, co snadź dobry wpływ na nim wywierało. Choć głównie, jak sądzę, wielkie jego do mnie przywiązanie taką słowom moim dawało skuteczność, bo chcąc mi zrobić przyjemność zdobył się w końcu na oddanie mi bałwanka swego, który natychmiast kazałam wrzucić do rzeki. Jak tylko go się pozbył, zaraz mu — jakby się ze snu przebudził — stanęły przed oczyma wszystkie nieprawości, jakie w ciągu tych lat był popełnił i, wspomnieniem ich przerażony i żałując występnego życia swego, stopniowo począł coraz bardziej brzydzić się owym grzesznym stosunkiem. Bez wątpienia Najświętsza Panna skutecznie go przyczyną swoją wspomogła, bo wielkie miał nabożeństwo do Jej Poczęcia i dzień jemu poświęcony z wielką uroczystością obchodził. W końcu zupełnie porzucił wspólniczkę swoją i nieustannie dzięki czynił Bogu, że go raczył oświecić.

Równo w rok od dnia, którego po raz pierwszy go widziałam, umarł. Już się był całkowicie nawrócił do służenia Bogu, bo w wielkim przywiązaniu jakie miał do mnie, nigdy nie widziałam nic złego, chociaż mogłoby było być czystsze; zawsze jednak nasuwało mi ono okazje, w których gdybym się nie była trzymała w obecności Bożej, ciężko obrazić Go mogłam. Miałam wówczas, jak mówiłam, niewzruszone postanowienie nie uczynić nic takiego, w czym bym widziała grzech śmiertelny. I to właśnie, że on widział takie we mnie postanowienie, jeszcze bardziej go, zdaje mi się, w przywiązaniu do mnie utwierdzało. Bo każdy mężczyzna, sądzę, zawsze będzie wyżej cenił kobietę, w której widzi skłonność do cnoty, i podobnież kobieta przywiązanie i wpływ jaki pragnie mieć u męża, tą drogą najprędzej pozyska — jak o tym później jeszcze mówić będę. Co do owego kapłana, mam to za pewne, że jest na drodze zbawienia. Umarł bardzo pobożnie, z zupełnym oderwaniem się od onej okazji. Snadź wolą Pańską było, aby przez takie pośrednictwo został zbawiony.

7. Pozostałam w owym miejscu trzy miesiące, cierpiąc najsroższe boleści, bo kuracja była za gwałtowna na siły moje. Po dwóch miesiącach, z powodu leków życie już prawie ze mnie uchodziło. Cierpienia sercowe, z których miano mię tam wyleczyć, wzmogły się znacznie, sprawiając mi ból coraz bardziej dojmujący! Często miałam takie uczucie, jakby mię kto ostrymi kłami za nie chwytał, tak iż obawiano się o moją przytomność. Obok wielkiego upadku sił (bo skutkiem ciągłych nudności nic nie mogłam jeść i tylko płyny przyjmowałam), przy nieustającej gorączce i zupełnym wycieńczeniu skutkiem środków przeczyszczających, które mi przez cały miesiąc co dzień zadawano, tak miałam wnętrzności spalone, że nerwy we mnie kurczyć się poczęły z takim bólem nieznośnym, iż we dnie i w nocy nie miałam odpoczynku i smutek wielki mię nękał.

8. Z takim to z owej kuracji pożytkiem ojciec zabrał mię na powrót do domu, gdzie znowu lekarze stan mój badali, ale wszyscy o mnie zwątpili, oznajmując, że w dodatku do wszystkich tych cierpień jeszcze mam suchoty. Mało mię to obchodziło, to jedno tylko czułam, że cierpię. Od stóp do głowy bóle mię nękały ustawicznie. Cierpienia nerwów, jak przyznawali samiż lekarze, sprawują ból nieznośny, a we mnie wszystkie się kurczyły; prawdziwie więc srogie — gdybym tylko z własnej winy nie była utraciła zasługi jego — cierpiałam męczeństwo.

W męce tej przeżyłam nie dłużej nad trzy miesiące, choć i tak zdawało się rzeczą niepodobną, by kto mógł wytrzymać tyle cierpień naraz. Sama dzisiaj nad tym się zdumiewam i za szczególną łaskę od Pana to sobie poczytuję, że taką mi dał wówczas cierpliwość. Rzecz widoczna, że była to łaska Jego. Wiele mi do niej było pomocne to, że niedawno przedtem czytałam historię Hioba, w księdze Moraliów św. Grzegorza, (s.139) którym to czytaniem Pan sam chciał mię zawczasu przygotować, abym zdołała to wszystko znieść z takim zgodzeniem się na wolę Jego. Również i modlitwa wewnętrzna, której wówczas zaczynałam się oddawać, siły mi do cierpienia przymnażała. Wszystka rozmowa moja była z Bogiem tylko. Ustawicznie miałam na myśli i powtarzałam sobie te słowa z Hioba: “Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?” (3) To widać, ducha mi dodawało.

9. Nadeszło święto Matki Boskiej Sierpniowej. Od kwietnia już aż do tego czasu trwały katusze moje, choć ostatnie trzy miesiące silniej cierpiałam niż z początku. Objawiłam gorące pragnienie wyspowiadania się, bo zawsze byłam ochotną do częstej spowiedzi. Sądzono, że żądanie moje pochodzi z bojaźni śmierci, za czym ojciec mój, chcąc mi oszczędzić trwogi nie pozwolił. O niebaczna miłości ciała i krwi, gdy nawet taki prawy katolik i człowiek tak światły, jakim był mój ojciec — bo światłym był bardzo i nie przez nieświadomość zbłądził w tym razie — oprzeć się jej nie umiał! A jakże wielką szkodę mógł mi przez to wyrządzić. Tejże nocy wpadłam w paroksyzm, skutkiem którego cztery dni bez mała leżałam całkiem bez czucia. W tym stanie dali mi Sakrament Ostatniego Namaszczenia: sądzono, że lada chwila skonam; bezprzestannie mówiono mi do ucha Wierzę w Boga, jak gdybym mogła co słyszeć albo rozumieć. Chwilami tak mię już mieli za umarłą, że potem, gdy przyszłam do siebie, oczy miałam pełne wosku (4).

10. Ojciec mój gorzko żałował, że nie pozwolił mi się wyspowiadać; jakież gorące zanosił za mną wołania i modlitwy (s.140) do Boga! Niech będzie błogosławiony Pan, iż raczył go wysłuchać! Gdy bowiem od półtora dnia otwarty był grób dla mnie w klasztorze moim, gdzie czekano ciała mego, a w klasztorze męskim za miastem zakonnicy już byli odprawili za mnie żałobne nabożeństwo, upodobało się Panu, bym przyszła do siebie. Natychmiast prosiłam o spowiedź. Przyjęłam Komunię płacząc rzewnymi łzami. Lecz łzy te, zdaje mi się, nie płynęły z samego tylko uczucia żalu i skruchy, iżem obraziła Boga, ale i z ufności w dobroć Jego, iż mocen jest zbawić mnie, chociażby błąd, w który mię wprowadzili tamci, mówiąc mi, że nie są grzechem śmiertelnym pewne rzeczy, które potem niewątpliwie poznałam że nim są, nie był dla mnie dostateczną wymówką. Pomimo że cierpiałam boleści nie do wytrzymania, skutkiem czego i przytomność miałam niezupełną, spowiedź jednak, zdaje mi się, odbyłam dokładną z wszystkiego, w czym mi się zdawało, że obraziłam Boga; bo oprócz innych łask i tę mi dał Pan w boskiej dobroci swojej, że odtąd zaczęłam przystępować do Stołu Pańskiego, i nigdy nie opuściłam na spowiedzi niczego, w czym uznawałam, grzech choćby tylko powszedni, żebym tego nie wyznała. Z tym wszystkim jednak mam to niewątpliwe przekonanie, że źle byłoby ze zbawieniem moim, gdybym wówczas była umarła, z jednej strony dla błędnego kierunku nieoświeconych spowiedników, a z drugiej dla niewierności moich i dla wielu innych przyczyn.

11. Prawdę mówię, i tak jest, że gdy wspomnę na tę chwilę życia swego i jak Pan wówczas prawie mię wskrzesił z martwych, cała jestem przerażona i jakoby dreszcz trwogi mię przenika. Snadź należało tobie, duszo moja, w bacznej mieć pamięci to niebezpieczeństwo, z którego Pan cię wybawił, aby kiedy miłość nie zdołała cię powstrzymać od obrażania Go na nowo, przynajmniej powstrzymała cię bojaźń, bo i potem tysiąc razy mógł cię zabrać z tego świata, w stanie jeszcze groźniejszym. Pewno nie przesadzam, gdy mówię: tysiąc razy, choć mię za to strofować będzie ten, który mi kazał powściągać się w opowiadaniu grzechów moich; i tak wychodzą tu one bardzo upiększone. (s.141)

Proszę go dla miłości Boga, by nic nie wykreślał z tego, co piszę o winach swoich, bo tym jaśniej przez nie objawia się wielmożność Boga, z jaką znosi taką duszę jak moja. Niech będzie błogosławiony na wieki! Błagam Boski Majestat Jego, niech mię raczej w proch zetrze, niżbym kiedy przestała coraz więcej Go miłować.

 


Przypisy do rozdziału 1

(1) Inwentarz posiadłości don Alonsa Sanchez de Cepeda, ojca św. Teresy, spisany w roku 1507 po śmierci jego pierwszej żony Cataliny de Peso świadczy, że miał on następujące książki: Zarys życia Chrystusa; De officiis Cicerona; Traktat o Mszy św.; O siedmiu grzechach; Zdobycie ziemi zamorskiej (Ameryki); Koronacja Juana de Mena; Księga Ewangelii. Za czasów św. Teresy było znacznie więcej książek w domu jej ojca, jak świadczą pierwsze rozdziały jej Życia.

(2) Zamożniejsze hiszpańskie rodziny miały w owych czasach niewolników Maurów pozostałych lub zabranych w niewolę po uwolnieniu Hiszpanii z ich jarzma.

(3) Dońa Beatriz de Ahumada urodziła się w roku 1495. Wyszła za mąż za don Alonsa w 14 roku swego życia. W 20 roku wydała na świat Teresę. Zmarła w roku 1528 w wiosce Gotarrendura leżącej o trzy mile na północ od Awili.

(4) Dwa razy wszedł w związki małżeńskie don Alonso Sanchez de Cepeda, ojciec św. Teresy. Pierwszy raz z dońą Cataliną del Peso y Henao, z której miał troje dzieci: Jana, Marię i Piotra, o których nie ma pewniejszych danych. Po śmierci pierwszej żony pojął Alonso drugą, dońę Beatriz w 1509. Bóg pobłogosławił ten związek dziwięciorgiem dzieci, których imiona są następujące: Ferdynard, Rodryg, Teresa, Wawrzyniec, Antoni, Piotr, Hieronim, Augustyn i Juana. Rodzice św. Teresy byli szlacheckiego pochodzenia i w miarę zamożni. Ich synowie, podobnie jak wielu ze znakomitych ówczesnych rodzin, udali się do Ameryki, gdzie niektórzy z nich zginęli bohaterską śmiercią.

(5) Nie ulega wątpliwości, że tym szczególnie umiłowanym towarzyszem w zabawach, nabożeństwach, czytaniach i rozprawkach dziecinnych, o którym tu wspomina św. Teresa był jej brat Rodryg. Gdy Święta miała lat siedem, obydwoje wyszli z domu i drogą wiodącą w stronę Salamanki zdążali do kraju Maurów, by tam ponieść śmierć męczeńską. Niedaleko za mostem na rzece Adaja, w miejscu gdzie dziś wznosi się kapliczka “Czterech słupów”, spotkał zbiegów ich stryj, Francisco de Cepeda i strapionych odprowadził do domu. O. Yepes pisze w Życiu św. Teresy, że gdy matka wyrzucała dzieciom ich oddalenie się z domu, mały Rodryg całą winę przypisał Teresie, mówiąc, że ona go do tego skłoniła. We wrześniu 1535 wyruszył Rodryg do Ameryki, gdzie w następnym roku padł w walce z Indianami nad brzegami rzeki La Plata. Urodził się w roku 1511, a gorącą miłość, jaką kochał Teresę, okazał choćby tym, że jej zapisał swoją część majątku.

(6) Święta wspominając, że miała około lat dwunastu w chwili śmierci swej matki, pomyliła się trochę, bo w ogóle jeśli chodzi o daty, Teresa nie jest ścisła. Dońa Beatrycza zrobiła testament 24 listopada 1528 i prawdopodobnie niedługo potem umarła. Teresa więc, urodzona w marcu 1515, weszła już w 14 rok życia.

(7) “Tradycja mówi, że obrazem, przed którym św. Teresa prosiła Matkę Najśw., by była jej Matką, jest cudowna figura Matki Miłosierdzia, czczona w katerze w Awili. Do pierwszej potowy XIX wieku znajdowała się ona w kapliczce św. Łazarza. Tam też, według podania mała Teresa i Rodryg przed wyruszeniem do kraju Maurów wstąpili pomodlić się o pomoc i błogosławieństwo. Na pamiątkę tego odbywa się co roku 15 października procesja z katedry do kościoła Karmelitów Bosych” (Sylweriusz).

 


Przypisy do rozdziału 2

(1) Były to opowieści o fantastycznych i nieprawdopodobnych przygodach rycerzy, które w owym czasie bardzo lubiano czytać, nawet w kołach pobożnych osób.

(2) Wszyscy biografowie i spowiednicy św. Teresy jednozgodnie świadczą, że te jej winy, z których się tu spowiada nie były grzechem ciężkim, którego nie popełniła przez całe życie. Było to raczej niebezpieczeństwo, które ją z czasem mogło przyprowadzić do upadku, gdyby w nim trwała.

(3) Była to Maria de Cepeda, córka Alonsa z jego pierwszego małżeństwa z Cataliną del Peso y Henao.

(4) “Byt to klasztor augustianek, pod wezwaniem Matki Boskiej Łaskawej, założony w r. 1508 czy 1509 na szczątkach dawnego meczetu. Za czasów św. Teresy było w nim do czterdziestu zakonnic. Św. Tomasz z Villanova byl jakiś czas ojcem duchownym tego zgromadzenia i w przyległym kościele miewał kazania. W klasztorze tym, dotąd istniejącym, stoi jeszcze przy kracie zakonnej konfesjonał, przy którym św. Teresa, będąc tu na pensji, spowiadała się. W kościele wisi obraz przedstawiający Świętą, pobierającą lekcje od swojej nauczycielki Marii Briceńo” (Sylweriusz).

(5) Zakonnicą ową była dońa Maria de Rriceńo y Contreras ze znakomitego awilańskiego rodu. Cechowała ją wielka bystrość umysłu, wysoka świętość i wielkie zalety naturalne. Urodziła się 1498, zmarła 1584 roku.

 


Przypisy do rozdziału 3

(1) Była to Juana Juarez, od r. 1533, według Bollandystów, karmelitanka w klasztorze Wcielenia w Awili.

(2) Marii de Cepeda, która wyszła za don Martina de Guzman y Barrientos. Mieszkali oni w wiosce Castellanos de la Canada. W drodze do siostry zatrzymała się Teresa w wiosce Hortigosa, oddalonej o cztery mile od Awili. Mieszkał tam jej stryj, don Pedro Sanchez de Cepeda, mąż wielkiej cnoty i pokuty, rozmiłowany w czytaniu ksiąg ascetycznych. Umarł on jako członek zakonu hieronimitów. O wrażeniu, jakie wywarł na swą młodą bratankę, świadczy sama Teresa.

(3) Święta miała wtedy osiemnaście lat.

 


Przypisy do rozdziału 4

(1) Mówi tu Teresa o swym młodszym bracie Antonim. Wstąpił on w tym samym dniu co i Teresa do klasztoru hieronimitów, musiał go jednak wkrótce opuścić dla braku zdrowia. Wyruszył potem do Ameryki i tam w 1546 roku, zmarł wskutek odniesionych ran.

(2) Klasztor Wcielenia wzniesiony w 1479 roku był pierwszym klasztorem tercjarek karmelitańskich. Później osiedlił się w nim regularny zakon karmelitanek i wtedy nadano mu nazwę, którą po dziś dzień nosi. Jest to obszerny i okazały gmach z pięknym przylegającym doń ogrodem. Do tego klasztoru wstąpiła Teresa i przebyła w nim prawie połowę życia zakonnego. Wiele było niezgodności co do daty przyjęcia habitu przez Teresę. Dziś już, po zestawieniu dokumentów przez Sylweriusza (krytyczne wydanie Dzieł św. Teresy, Burgos 1926) nie ulega wątpliwości, że datą tą był dzień 2 listopada 1536 r. Miała wówczas Święta 21 lat życia. Profesję złożyła w roku nstępnym, 3 listopada 1537 r

(3) Dońa Maria de Cepeda.

(4) Miejsce to nosi nazwę Becedas i jest oddalone mniej więcej o piętnaście mil na wschód od Awili. Mieszkała tam znachorka, ciesząca się sławą cudownej mocy leczenia wszelkich chorób. W jej to ręce oddano biedną Teresę, która przez to leczenie straciła resztki zdrowia i przyszła do ostatecznego wycieńczenia.

(5) Autorem tego dzieła był Francisco de Osuną z zakonu Braci Mniejszych. Dziełko to wywarło znaczny wpływ na ducha św. Teresy, jak to sama poświadcza. Egzemplarz, którego używała Święta, przechowuje się dotąd w klasztorze Św. Józefa w Awili.

(6) Święta popełnia tu znów pomyłkę, miała wówczas 22 lub 23 lata.


Przypisy do rozdziału 5

(1) Był to uczony i świątobliwy o. Vicente Barrón; poznamy go bliżej w dalszym ciągu, bo Świętą nieraz o nim mówić będzie.

(2) By zrozumieć Świętą, należy wziąć pod uwagę ówczesne stosunki. Studia teologicznie nie były wówczas tak zorganizowane jak dzisiaj, gdy każdy dążący do kapłaństwa musi się przygotowywać do niego przez szereg lat nauki. Podówczas spotykało się kapłanów, nie posiadających nawet podstawowych zasad teologii. Jeśli Święta mówi, że lepiej jest spowiednikowi nie posiadać żadnej wiedzy niż niedostateczną, nie ma na myśli wiedzy teologicznej (której choćby mały stopień zawsze jest pożyteczny) ale mówi raczej o znajomości życia wewnętrznego, teologii mistycznej, która niedostatecznie opanowana, rzeczywiście więcej przynosi szkody niż pożytku, zwłaszcza, jeśli chodzi o kierownictwo duszami posuniętymi wyżej w życiu duchowym. Tym jednak duszom, które powołując się na te słowa św. Teresy ustawicznie szukają coraz to mądrzejszych spowiedników, sądząc, że oni sami je udoskonalą, należy zwrócić uwagę, że spowiednik głęboko uczony jest potrzebny najbardziej wtedy, gdy dusza przeżywa różne stany mistyczne i jest już na wyższym stopniu życia wewnętrznego. Poza tym zaś winna dusza pilniej się przyłożyć do zwalczania swych błędów, do wyrabiania cnót, wierności i posłuszeństwa spowiednikowi. Sam spowiednik, choćby najmędrszy, nic nie zrobi, a często pod pokrywką szukania mądrzejszego spowiednika ukrywa się niedbalstwo i pycha.

(3) Hi 2, 10.

(4) Odnośnie do tego najcięższego momentu choroby Świętej pisze Ribera: “Grób był już przygotowany w klasztorze Wcielenia i zakonnice oczekiwały zwłok, by je pochować. I zapewne pochowano by pogrążoną w letargu Teresę, gdyby jej ojciec nie sprzeciwił się stanowczo, nie mogąc się pogodzić z myślą, że córka jego nie żyje”. Odnośnie zaś do wosku w oczach, o którym wspomina Teresa, tenże historyk opowiada, że brat św. Teresy, Wawrzyniec, czuwający przy niej zasnął, a wosk ze świecy, którą trzymał, zalał twarz chorej. Niektórzy natomiast twierdzą — co jednak jest mało prawdopodobne — że według zwyczaju panującego wówczas w Hiszpanii, zalano Teresie oczy woskiem na znak, że już umarła i nigdy oczu nie otworzy.