św. Teresa z Avila |
Rozdziały 8-11 |
– KSIĘGA ŻYCIA – |
|
ROZDZIAŁ 8
Opowiada, jak szczęśliwie jej to posłużyło i od zatracenia duszy ją ustrzegło, że nie porzuciła ostatecznie modlitwy wewnętrznej, która jest skutecznym lekarstwem na naprawienie wszelkich szkód duchowych. — Zachęca wszystkich bez wyjątku do rozmyślania. — Tak wielkim ono jest zyskiem, że choćby kto znowu go zaniechał, to samo już, że przez jakiś czas używał tego dobra, będzie mu wielce pożyteczne.
1. Nie bez powodu tak długo się zatrzymałam nad tym okresem życia swego. Nikomu, dobrze to widzę, nie sprawi przyjemności poznanie z tego opisu stworzenia tak nędznego, lecz chciałabym, by obrzydzenie do mnie powzięli ci, którzy to czytać będą, widząc duszę tak upornie niewdzięczną względem Tego, który jej tyle łask uczynił i rada bym miała pozwolenie opowiedzenia, ile razy w tym czasie sprzeniewierzyłam się Bogu skutkiem tego, że nie chciałam się oprzeć na tym mocnym filarze, którym jest modlitwa wewnętrzna.
2. Nurzałam się blisko dwadzieścia lat w tym morzu burzliwym, wciąż upadając, to znów podnosząc się, i to słabo tylko — i potem znowu upadając — i wiodłam życie tak przeciętne i dalekie od doskonałości, że grzechy powszednie prawie za nic sobie miałam, a śmiertelnych, choć się wystrzegałam, ale nie tak jak należało, bo nie unikałam niebezpieczeństw. Takie życie rzec mogę, należy do najsmutniejszych, jakie sobie można przedstawić, bo ani się Bogiem nie cieszyłam, ani nie miałam zadowolenia ze świata. Gdy używałam przyjemności światowych, wspomnienie na to, co winna jestem Bogu, sprawiało mi udręczenie; gdy byłam na samotności z Bogiem, przywiązania światowe rozstrajały mię. Jest to wojna tak ciężka, że nie rozumiem jak mogłam ją wytrzymać, choćby jeden miesiąc, a cóż dopiero przez tyle lat.
W tym wszystkim jasno widzę, jak wielkie miłosierdzie Pan uczynił ze mną, że mimo takich stosunków moich ze światem, miałam przecie śmiałość oddawania się modlitwie wewnętrznej. Śmiałość, mówię, bo nie wiem czy jest jaka rzecz, do której potrzeba większej, niż ją okazuje ten, kto (s.166) zdradę wyrządza królowi i wie o tym, że zdrada jego królowi jest wiadoma, a przecie ciągle pozostaje w obecności jego. Bo choć wszyscy i każdej chwili jesteśmy przed oblicznością Bożą, sądzę jednak, że na rozmyślaniu dusza w szczególny sposób jest Jemu obecną, gdyż widzi wówczas i czuje, że Bóg patrzy na nią, gdy przeciwnie drugim całe dni mogą upływać bez wspomnienia na to, że oko Boże nieustannie na nich spoczywa.
3. Prawda, że w ciągu tych lat były takie miesiące, może nawet i rok cały, kiedy wystrzegałam się wszelkiego grzechu, żarliwie oddawałam się modlitwie wewnętrznej i pewne czyniłam usilne starania, aby w niczym Pana nie obrazić; ponieważ we wszystkim, co tu piszę, ściśle trzymam się prawdy, dlatego i o tym nie mogę nie wspominać. Ale tych dobrych dni słabe mi pozostało wspomnienie, snadź mało ich było, a za to wiele grzesznych. Rzadki jednak był dzień, bym nie spędziła długich godzin na rozmyślaniu, chyba że byłam bardzo chora albo bardzo zajęta. W czasach cięższej choroby ściślej bywałam złączona z Bogiem, starałam się i w otaczających mnie podobne wzbudzać uczucia i błagałam o to Pana, i często z nimi rozmawiałam o Bogu.
Z wyjątkiem więc tego jednego roku, o którym mówiłam, na dwadzieścia i osiem lat odkąd zaczęłam odbywać rozmyślanie, osiemnaście ich spędziłam w tej walce i w tej rozterce wewnętrznej duszy rozdzielonej między Bogiem a światem. W dalszych latach, o których mi teraz mówić pozostaje, przyczyna walki była inna, choć walka sama nie mniej pozostała twarda. Wszakże myśl ta, że o ile rozumiem, służę Bogu, i jasne poznanie marności tego, co jest na świecie, były mi obfitą w tych walkach osłodą, jak to dalej opowiem.
4. Wszystko, co dotąd tak szeroko opowiedziałam, do tego najpierw zmierza, aby jak już mówiłam, jasno się okazało miłosierdzie Boże i niewdzięczność moja; a po wtóre, aby każdy zrozumiał, jak wielkim i nieoszacowanym skarbem Bóg obdarza duszę, gdy ją skłania do ochotnego oddawania się modlitwie wewnętrznej, chociażby skądinąd nie była tak usposobioną, jak tego potrzeba. Jeśli tylko w niej wytrwa wbrew (s.167) wszelkim grzechom, pokusom i upadkom, o jakie szatan w niezliczony sposób przyprawić ją może. Pan w końcu, mam to za rzecz pewną, przywiedzie ją do portu zbawienia jak i mnie — o ile teraz śmiem ufać — przywieść raczył; obym tylko, o co błagam boskiej łaskawości Jego, sama się znowu nie naraziła na zgubę!
5. O pożytkach i dobrach duchowych zapewnionych temu, kto się ćwiczy w modlitwie, to jest w modlitwie wewnętrznej, posiadamy wiele ksiąg znakomitych, pisanych przez ludzi świątobliwych i uczonych, za co niech będzie chwała Bogu. Ale choćby ksiąg tych nie było, ja, choć pokora moja niewielka, nie tak przecie jestem zarozumiała, bym o takich rzeczach mówić się ważyła.
To tylko mogę powiedzieć, o czym wiem z własnego doświadczenia. Kto raz zaczął ćwiczyć się w modlitwie wewnętrznej, jakkolwiek by liczne i wielkie były wady i usterki jego, niech jej nie porzuca, bo rozmyślanie właśnie jest środkiem, za pomocą którego może się poprawić, a bez niego poprawa będzie o wiele trudniejsza. I niechaj nie poddaje się tej pokusie diabelskiej, jak ja nią skusić się dałam, by opuszczał modlitwę wewnętrzną rzekomo przez pokorę; niechaj wierzy Temu, którego słowo omylić nie może, iż jeśli naprawdę żałujemy za grzechy swoje i mamy postanowienie nie obrażać Go więcej, On przywraca nam dawną przyjaźń swoją i na nowo daje nam łaski, które przedtem dawał, a nieraz i dużo większe, jeśli kto gorącością skruchy swojej na to zasłuży.
Kto zaś jeszcze nie zaczął, tego proszę na miłość Zbawiciela, niech siebie tak wielkiego dobra nie pozbawia. Nie ma tu czego się lękać, dość tylko chcieć. Bo chociażby nie uczynił wielkich postępów, choćby się nie zdobył na tę wielką usilność i męstwo, jakich potrzeba, aby dojść do doskonałości i zasłużyć na te szczególne łaski i pociechy, jakie Bóg daje doskonałym, tyle przecie co najmniej będzie miał zysku, że powoli pozna drogę wiodącą do nieba; a jeśli wytrwa, wtedy już najlepszą o nim mam nadzieję w miłosierdziu Boga, którego nikt jeszcze (s.168) nie obrał sobie za przyjaciela, by On mu za to nie odpłacił. Modlitwa bowiem wewnętrzna nie jest to, zdaniem moim, nic innego, jeno poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i wylana, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje. Prawda, że ty może Go nie miłujesz. W istocie bowiem do prawdziwej miłości i do trwałej przyjaźni potrzeba, aby z obu stron równe było usposobienie i warunki; ze strony Pana wiemy, że nie może tu nie dostawać niczego, ale my ze swej strony mamy naturę skażoną, zmysłową, niewdzięczną, nie potrafisz zatem zdobyć się na doskonałą miłość Boga przy tak nierównych warunkach. Z tym wszystkim jednak, pomnąc jak wiele tobie zależy na przyjaźni Boga i jak wielce On ciebie miłuje, przemagaj samego siebie i znoś tę ciężkość, jaką ci sprawuje dłuższe obcowanie z Tym, który tak jest różny od ciebie.
6. O dobroci nieskończona Boga mojego, wszak w tym, co powiedziałam, widzę jakby naocznie wierny obraz Twojego postępowania ze mną i mojego zachowania się względem Ciebie! O rozkoszy aniołów, gdy na ten obraz patrzę, rada bym cała rozpłynęła się w miłości! Prawdziwie więc Ty znosisz tego, który znieść nie może, byś Ty z nim mieszkał! O jakiż to dobry przyjaciel z Ciebie, Panie mój, jakże go obsypujesz darami miłości swojej, znosisz go i czekasz czy w końcu nie podźwignie się do wysokości Twojej, a tymczasem tak cierpliwie znosisz niskość jego! Zaliczasz mu w zasługę, Panie mój, krótką chwilę, którą poświęci miłości Twojej i za jeden moment skruchy puszczasz w niepamięć to, czym Ciebie obraził.
Jasno to poznałam na samej sobie, Stworzycielu mój, i nie rozumiem dlaczego cały świat nie stara się o złączenie się z Tobą tak ścisłą, poufną przyjaźnią. Źli, usposobieniem swoim tak różni od Ciebie, powinni by się łączyć z Tobą, abyś Ty ich uczynił dobrymi; niech się zgodzą tylko, byś Ty był z nimi choć dwie godziny dziennie, jakkolwiek oni nie umieją być z Tobą, jeno wśród tysiącznych roztargnień, trosk i myśli światowych, jak ja to czyniłam. Za to przezwyciężenie, jakie (s.169) sobie zadają, dla dobrowolnego, wbrew roztargnieniem pozostawania w tak szczęśliwym z Tobą towarzystwie, bo w początkach, a nieraz i później nic więcej na rozmyślaniu uczynić nie zdołają. Ty, Panie, łaskawie na nich spoglądasz i wzajemnie jakoby gwałt zadajesz czartom, wstrzymując ich napaści na tych zapaśników Twoich i z każdym dniem bardziej siłę ich przeciwko nim umniejszając, a tym przeciwnie, sił dodając, aby zwycięstwo odnieśli. Zaprawdę, Ty nie zabijesz — Życie wszelkiego życia — żadnego, kto Tobie zaufa i pragnie Ciebie mieć przyjacielem, ale i samegoż ciała życie pokrzepiasz, dodając zdrowia i zdrowie dajesz duszy.
7. Nie rozumiem, czego się lękają ci, którzy boją się przystąpić do modlitwy wewnętrznej, nie wiem, co w niej widzą strasznego. Dobrze wie diabeł jaką szkodę nam wyrządza, gdy takie strachy w nas wzbudza i widmami swymi odstrasza nas od rozmyślania, byśmy nie pomnieli, czym obraziliśmy Boga, jak wiele Jemu winniśmy i o tym, że jest piekło, chwała niebieska, i jak wielkie uznojenia i boleści poniósł dla nas Zbawiciel.
O tym było całe rozmyślanie moje i takim pozostało przez wszystek czas, który zostawałam w onych niebezpieczeństwach; w te prawdy zagłębiałam się myślą, gdy mogłam; lecz bardzo często, przez kilka lat, więcej byłam zajęta pragnieniem, by prędzej skończyła się godzina przeznaczona na rozmyślanie i nadsłuchiwaniem rychło zegar wybije, niż dobrymi i pobożnymi myślami. I nieraz ochotniej byłabym podjęła nie wiem jak surową pokutę, którą by mi naznaczono, niż to, że miałam skupić się w duchu dla odprawienia modlitwy wewnętrznej.
Rzecz pewna, że taka była niepowstrzymana siła, z jaką diabeł czy też zła natura moja odciągały mię od rozmyślania, i taka mną ciężkość owładała w chwili przestąpienia progu kaplicy, że potrzeba mi było wezwać na pomoc wszystką odwagę swoją — którą, powiadają, mam niemałą i Bóg mi ją dał dużo większą nad zwykłą siłę kobiecą, jak się to w różnych zdarzeniach okazało, tylko że na złe jej użyłam — nim (s.170) zdołałam przezwyciężyć siebie, aż w końcu i Pan przychodził mi w pomoc.
Lecz taką przebywszy walkę i w takim stopniu się przemógłszy, większego potem doznawałam pokoju i pociech niż w innych rzadkich zdarzeniach, kiedy mię własna skłonność pociągała do modlitwy.
8. Jeśli więc takie nędzne stworzenie, jakim ja jestem, Pan tak długo znosił i, jak się okazało naocznie, wszystkie rany duszy mojej za pomocą rozmyślania uleczył, któż jeszcze jakkolwiek by był grzeszny, może mieć słuszny powód do obawy? Bo choćby wielka była złość jego, nie dorówna ona mojej, w której tyle lat trwałam, po tylu łaskach od Pana mi użyczonych. I któż jeszcze może Mu nie ufać, kiedy mnie tak długo znosił za to jedynie, że pragnęłam i szukałam spokojnego miejsca i czasu, aby On przystęp miał do mnie, i to jeszcze tak często bez gorącości serca, jedynie przez wielki wysiłek, jaki sobie zadawałam albo jaki Pan sam mi zadawał? Jeśli więc tym nawet, którzy Bogu nie służą, którzy owszem i obrażają Go, modlitwa wewnętrzna tak bardzo przystoi, tak im jest potrzebna i nikt nigdy, jeśli chce być szczery, nie powie, by odniósł jaką szkodę z odbywania jej, ale raczej będzie musiał przyznać, że wielką odniósł szkodę nie odprawiając jej — czemuż by, pytam, ci, którzy służą Bogu i pragną Mu służyć, mieli ją porzucać? Tego żadną miarą zrozumieć nie mogę, chyba że sami chcą jeszcze bardziej gorzkimi uczynić sobie gorycze tego życia i zamknąć Bogu drzwi serca swego, aby go nie mógł napełnić pociechą. Doprawdy, żal mi tych, którzy tak własnym kosztem Bogu służą! Bo którzy oddają się modlitwie wewnętrznej, tym Pan sam koszta płaci, gdyż za trochę uznojenia napawa ich słodkościami, przy których łatwo znoszą wszelkie uznojenia.
9. O tych pociechach, które Pan daje tym, którzy statecznie trwają na modlitwie, będzie jeszcze mowa obszernie, tu więc o nich nie mówię. To tylko powiem: do tych łask tak wielkich, które mi uczynił, drogą i bramą jest rozmyślanie; zamknąwszy te drzwi nie wiem, jakim sposobem może kto je (s.171) otrzymać, bo jakkolwiek pragnie Pan wnijść do duszy i mieć w niej rozkosz swoją, i napełnić ją rozkoszą, nie ma którędy, bo chce ją mieć samą i czystą, i przyjścia Jego pożądającą. Jeśli więc kładziemy Mu wszelkiego rodzaju przeszkody i nic nie czynimy dla usunięcia ich, jakże On może przyjść do nas i jak możemy żądać, by nam tak wielkich łask użyczał?
10. Aby się jaśniej okazało miłosierdzie Jego i jaką niezmierną korzyść z tego odniosłam, że nie opuściłam rozmyślania i czytania, wspomnę tu — bo wiele na tym zależy, aby każdy to zrozumiał — jakie szturmy szatan przypuszcza do duszy, aby ją w sieci swoje zapędzić i jakich cudownych sposobów Pan w miłosierdziu swoim używa, aby ją do siebie nawrócić; niechby drudzy z przykładu mego nauczyli się wystrzegać niebezpieczeństw, których ja się nie ustrzegłam. A przede wszystkim, na miłość Pana naszego i przez tę wielką miłość, z jaką On bezsprzecznie stara się pociągnąć nas do siebie, proszę, niech się chronią okazji; bo skoro w nie się wdadzą, nie ma już nic na czym by polegać mogli wobec tak wielkiej siły nieprzyjaciół napastujących nas, a przy takiej słabej z naszej strony obronie.
11. Chciałabym posiadać większą, niż ją mam wymowę, abym umiała jasno przedstawić niewolę, w jakiej wówczas jęczała dusza moja; czułam ją dobrze, a nie mogłam dojść, skąd ona pochodzi i trudno mi było uwierzyć naprawdę, by rzeczy, których mi spowiednicy nie poczytywali za wielką winę, były istotnie takim grzechem, jak to w głębi duszy uznawałam, że są. Jeden z nich, gdym mu przedstawiała ten mój skrupuł, powiedział mi, że chociażbym była wyniesiona do najwyższego stopnia kontemplacji, stosunki takie i okazje nic by w sobie nie miały dla mnie zdrożnego. Było to już w ostatnim czasie, kiedy z łaski Boga trzymałam się z daleka od większych niebezpieczeństw, ale od okazji nie całkiem jeszcze się chroniłam.
Widząc we mnie dobre chęci i pilne oddawanie się modlitwie wewnętrznej sądzili, że czynię wielkie rzeczy; ale ja w głębi duszy rozumiałam, że to co czynię, nie odpowiada wielkości obowiązków moich względem Tego, któremu tyle (s.172) byłam winna, dziś jeszcze litość mię bierze nad duszą moją na wspomnienie, ile wówczas wycierpiała, żadnej prawie znikąd nie mając pomocy prócz Boga, a mając dozwoloną sobie wszelką swobodę do rozrywek i przyjemności rzekomo godziwych.
12. Niemałe też czułam udręczenia słuchając kazań. Lubiłam niezmiernie ich słuchać i jeśli kaznodzieja pełen był ducha Bożego, z zapałem mówił i z namaszczeniem, mimo woli, sama nie wiedząc skąd to pochodzi, szczególną czułam miłość do niego, nigdy prawie nie zdarzyło się, by jakiekolwiek kazanie wydało mi się tak słabe, iżbym go nie słuchała z przyjemnością; chociażby drudzy słuchając go, ganili kaznodzieję, że nie mówi dobrze, niewypowiedzianą z niego rozkosz miałam. Rozmawiać o Bogu albo słuchać mówiących o Nim, nigdy, rzec mogę, mi się nie przykrzyło, mianowicie od czasu jak zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Z jednej strony więc kazania wielką były dla mnie pociechą, ale z drugiej były dla mnie udręczeniem, bo z nich poznawałam, że nie byłam taka jaka być powinnam. Błagałam Pana, aby mi przyszedł w pomoc, ale modlitwie mojej — jak teraz rozumiem — musiało tego nie dostawać, że nie pokładałam całej ufności swojej w boskiej dobroci i mocy Jego i nie zrzekałam się całkowicie wszelkiego polegania na samej sobie. Szukałam lekarstwa, czyniłam starania, ale snadź nie rozumiałam tego, że wszystka pilność nasza niewiele się przyda, dopóki odrzuciwszy bezwarunkowo wszelką ufność w samych sobie, nie położymy jej w Bogu.
Pragnęłam żyć, bo dobrze to rozumiałam, że nie żyłam, tylko raczej szamotałam się w cieniu śmierci, a nie było kto by mi dał życie. Ten który mógł mi je dać, słusznie odmawiał mi swej pomocy za to, że tyle razy już był mię nawrócił do siebie, a ja Go znowu opuszczałam. (s.173)
ROZDZIAŁ 9
Opowiada, jakimi drogami Pan począł budzić jej duszę i użyczać jej światła w tak wielkich ciemnościach, utwierdzając zarazem jej siły, aby Go już więcej nie obrażała.
1. W takim żyjąc znękaniu, choć dusza moja pragnęła odpocznienia, nie dawały go jej znaleźć złe nałogi moje, w których ciągle trwałam. Pewnego dnia (1) zdarzyło mi się, że wszedłszy do kaplicy domowej, ujrzałam obraz sprowadzony na jakąś uroczystość mającą się odbyć w klasztorze i tam złożony na przechowanie. Obraz ten przedstawiał Chrystusa, całego okrytego ranami, tak wiernie oddanego, że na widok jego dusza moja wstrząsnęła się do głębi, oglądając Pana w takim stanie, bo obraz ten żywo przedstawiał, co Chrystus Pan dla nas ucierpiał. Tak wielki ogarnął mię żal na myśl, jak źle odwdzięczyłam się za te rany, że zdawało mi się, iż serce we mnie pęka; rzucając się przed nim na kolana, z wielkim wylaniem łez błagałam Pana, by mię już raz przecie umocnił, abym Go nie obrażała.
2. Miałam wielkie nabożeństwo do chwalebnej świętej Magdaleny i często rozmyślałam o jej nawróceniu, szczególnie po przyjęciu Komunii; wtedy, mając tę pewność, że Pan jest obecny we wnętrzu moim, rzucałam się do nóg Jego i zdawało mi się, że łzy moje nie będą wzgardzone; nie wiem sama co w tych chwilach mówiłam, ale zbytnią łaskę mi czynił Ten, który mi pozwalał takie łzy dla miłości Jego wylewać, kiedy ja tak prędko znowu puszczałam w niepamięć uczucie, z którego one wypływały; polecałam się zatem tej chwalebnej Świętej, aby ona mi wyjednała przebaczenie. (s.174)
3. W tym tedy ostatnim zdarzeniu, przed tym obrazem, o którym mówiłam, zdaje mi się, że skuteczniej niż kiedy bądź mię wspomagała, bom już wszelkiego ufania w samej sobie zupełnie się pozbyła, a całą ufność swoją położyłam w Bogu. Powiedziałam Mu wówczas, zdaje mi się, że nie wstanę od modlitwy, póki On nie uczyni tego, o co błagałam. Wierzę z wszelką pewnością, że wówczas zostałam wysłuchana, bo od onej chwili poczęłam coraz więcej się poprawiać.
4. Nie umiejąc rozmyślać rozumem, takiego się trzymałam sposobu modlitwy: starałam się przedstawiać sobie Chrystusa w duszy swojej i najlepiej — zdaje mi się — z tym mi się wiodło w rozważaniu tych tajemnic, w których Go oglądałam więcej samego. Czułam, że będąc samotny i strapiony, i jakoby pomocy potrzebujący, łatwiej mię powinien przypuścić do siebie. Takich dziecinnych myśli miewałam wiele.
Szczególnie też bardzo się lubowałam w rozważaniu modlitwy Jego w Ogrojcu i rada Mu w niej towarzyszyłam. Rozmyślałam o pocie i smutku, który tam ucierpiał, rada bym, gdybym mogła, otarła Mu on pot tak bolesny; nigdy jednak, pamiętam, nie śmiałam się na to odważyć, bo stało mi w oczach tyle tak ciężkich grzechów moich. Tak pozostawałam tam z konającym Zbawicielem, jak mogłam najdłużej, o ile pozwalały na to obce myśli moje i roztargnienia, bo zawsze miewałam ich wiele, na udręczenie swoje. Przez wiele lat, każdej niemal nocy przed zaśnięciem polecając Bogu duszę swoją na spoczynek nocny, zawsze zastanawiałam się na chwilę nad tą tajemnicą modlitwy w Ogrójcu, pierwej nawet jeszcze nim zostałam zakonnicą, bo mi powiedziano, że do tego rozmyślania przywiązane są liczne odpusty; i sądzę, że wielką z tego korzyść odniosła dusza moja, zaczynając tym sposobem odbywać modlitwę wewnętrzną, nim jeszcze dowiedziała się, na czym się ta modlitwa zasadza. Dzięki długoletniemu nawyknięciu, tak mi ta pobożna praktyka weszła w zwyczaj, że nigdy jej nie opuściłam, tak samo jak przeżegnania się przed zaśnięciem.
5. Wracając do tego udręczenia, które jak wspomniałam, (s.175) sprawiały mi myśli obce, sposób ten modlitwy wewnętrznej, bez rozumowania umysłem, ma to w sobie, że dusza musi tu dużo zyskać albo dużo tracić: traci pożytek rozważania rozumem, ale jeśli czyni postępy, są to postępy wielkie, bo postępuje w miłości. Lecz nim dojdzie do tego, dużo się napracuje, chyba że Pan zechce w bardzo krótkim czasie dać jej osiągnąć modlitwę odpocznienia, jak to czyni niektórym i sama znam takie. Duszom postępującym tą drogą pożyteczne jest używać książki, dla prędszego skupienia się w duchu. Mnie również do tego dopomógł widok pól, wody, kwiatów, w tych rzeczach znajdowałam pamięć na Stworzyciela, one mnie pobudzały i do skupienia ducha mi pomagały, i za księgę mi służyły, w której wyczytałam niewdzięczność swoją i grzechy. Do rzeczy niebieskich, do wszelkich w ogóle rzeczy wysokich, tak gruby miałam umysł, iż nigdy a nigdy nie zdołałam przedstawić ich sobie za pomocą wyobraźni, dopóki Pan sam mi ich w inny sposób nie ukazał.
6. Tak mało miałam zdolności do przedstawiania sobie rzeczy samym rozumem, że czego nie widziałam na oczy, tego żadną miarą nie umiałam uprzytomnić sobie w wyobraźni, jak to umie wielu innych, którzy tworzą sobie obrazy w myśli i tym sposobem ułatwiają sobie skupienie się na duchu. Ja nie byłam zdolna myśleć o Chrystusie jeno jak o człowieku; ale i tak nigdy nie zdołałam przedstawić Go sobie w myśli, jakkolwiek wiele czytałam o piękności Jego i widziałam wyobrażeń Jego; jeno tak jak ślepy albo w ciemnościach pogrążony, który choć rozmawia z drugą osobą i czuje obecność jej, bo wie z pewnością że jest tam przy nim, więc czuje, powiadam, i wierzy że ona jest obecną, ale jej nie widzi. Tak było ze mną, ile razy myślałam o Boskim Zbawicielu. Z tego też powodu tak się kochałam w obrazach świętych. O jakże są nieszczęśni ci, którzy z własnej winy takiego wielkiego dobra siebie pozbawiają! Jasny to dowód, że nie kochają Pana, bo gdyby Go kochali, cieszyliby się na widok wyobrażenia Jego, tak jak i w stosunkach ludzkich każdy rad ogląda podobiznę tego, kogo miłuje. (s.176)
7. W tym czasie dano mi do czytania Wyznania świętego Augustyna; snadź Pan sam tak zrządził, bo ja się o tę książkę nie starałam ani jej nigdy przedtem na oczy nie widziałam. Wielki mam pociąg i miłość do świętego Augustyna, naprzód już dlatego, że klasztor, w którym przebywałam świecką będąc, należał do Zakonu jego, a po wtóre także dlatego, że był przedtem grzesznikiem, z takich bowiem świętych, których Pan z życia grzesznego do siebie nawrócił, wielką brałam dla siebie pociechę, że w nich znajdę pomoc skuteczniejszą i że Pan, jako im odpuścił, tak może odpuścić i mnie, to jedno tylko, jak już mówiłam, w nich mię przygnębiało, że ich Pan raz tylko do siebie powołał, po czym oni już nie wracali do grzechu, a ja tyle już otrzymałam tych wezwań Bożych, ale zawsze na próżno i to mię bardzo udręczało. Lecz pomnąc na miłość, jaką On wciąż mi okazywał, znów nabierałam otuchy, bo o miłosierdziu Jego nigdy nie zwątpiłam; o sobie często.
8. O Boże wielki, jakże mię przeraża ten upór, w którym trwała dusza moja przy tylu pomocach z nieba! Strach mię bierze na wspomnienie, jak mało miałam mocy nad sobą, jak czułam siebie skrępowaną i bezsilną do mężnego postanowienia oddania się Bogu bez podziału.
Gdym zaczęła czytać Wyznania, zdawało mi się, że widzę w nich własny swój obraz; za czym i poczęłam gorąco polecać siebie temu chwalebnemu Świętemu. Doszedłszy do miejsca gdzie Święty opowiada nawrócenie swoje, i jak usłyszał głos w ogrodzie (2), wyraźnie miałam w sercu to uczucie, że Bóg tymże głosem woła i mnie; długi czas pozostałam cała tonąc we łzach, z wielką w głębi duszy gorzkością żalu i strapienia. O Boże, jakże srogo cierpi dusza, gdy utraci tę wolność, jaka jej była dana i jaką powinna była zachować na to, aby była panią samej siebie! Jakie musi znosić udręczenia! Sama sobie dziś się dziwię, jak mogłam żyć w takiej męce! Niech będzie chwała Bogu, iż darował mi życie, abym powstała ze śmierci, nad wszelką śmierć śmiertelniejszej! (s.177)
9. Czułam wtedy, że dusza moja wielkie umocnienie otrzymała od Boskiego Majestatu Jego, że snadź wysłuchał wołanie moje i ulitował się nad tak wielkim łez moim wylaniem. Od tego czasu począł róść we mnie pociąg do dłuższego pozostawania z Bogiem i pilność w uchylaniu się od okazji, bo za usunięciem ich, dusza od razu zwracała się do miłości Jego. Rozumiałam dobrze i czułam, jak mi się zdaje, że Go miłuję, ale nie rozumiałam jeszcze, jak powinnam była rozumieć, na czym się zasadza prawdziwa miłość Boga.
Zaledwo jeszcze, rzec mogę, zaczynałam się zdobywać na chęć i wolę służenia Mu, kiedy boska łaskawość Jego już poczęła mię na nowo obsypywać darami Swymi. Mogłoby doprawdy się zdawać, że czego inni z wielką pracą starają się dostąpić, to Pan jakoby się dopraszał u mnie, bym zechciała przyjąć z rąk Jego, mianowicie pociechy i łaski duchowe, których mi już w tych ostatnich latach użyczał. Bym sama Go błagała o te łaski albo o tkliwe uczucia pobożne, na to nigdy się nie ośmieliłam; o to tylko Go prosiłam, by mi dał łaskę nieobrażania Go więcej i by mi odpuścił ciężkie grzechy moje. Widząc całą ich wielkość, łask szczególnych i pociech duchowych nigdy bym świadomie i rozmyślnie ani pragnąć nie śmiała; już to poczytywałam sobie za zbytnią łaskawość i było to w istocie wielkie miłosierdzie Jego nade mną, że raczył mię cierpieć przed obliczem swoim, że owszem sam pociągał mię do obecności swojej, bo widziałam to jasno, że sama bym nie przyszła, gdyby On tego we mnie nie sprawił.
Raz tylko jeden w życiu pamiętam, że prosiłam Go o pociechy wewnętrzne, w chwili wielkiej oschłości duchowej, ale gdym się spostrzegła, co robię, tak się tej prośby swojej zawstydziłam, że sam żal mój i upokorzenie z tego, że tak mało jestem pokorna, sprawił we mnie to, o co się prosić ważyłam. Wiedziałam dobrze, że wolno prosić o takie rzeczy, ale zdawało mi się, że podobna prośba takim tylko przystoi, którzy się należycie przysposobią, starając się z wszystkich sił swoich o to, na czym polega prawdziwa pobożność, to jest, by nie obrażać Boga i wolę mieć gotową i ochotną do wszystkiego co (s.178) dobre. Łzy moje wydawały mi się prostą tylko tkliwością kobiecą, nie mającą w sobie żadnej siły ani skuteczności, skoro nie osiągałam przez nie tego, czego pragnęłam. Z tym wszystkim jednak sądzę, że miałam z nich pożytek, bo jak mówiłam, szczególnie od czasu owych dwu zdarzeń, w których je z taką skruchą i z takim bólem serca wylewałam, zaczęłam więcej oddawać się modlitwie i uchylać się od rzeczy przynoszących mi szkodę, chociaż i wówczas jeszcze nie całkiem je porzuciłam, jeno że Bóg — jak mówiłam — dopomagał mi do zupełnego od nich oderwania się. Za tym bardzo niedołężnym przygotowaniem, którego boska dobroć Jego jedynie po mnie czekała, poczęły się mnożyć łaski duchowe, w sposób jaki zaraz opiszę. Była to dobroć nadzwyczajna, bo takich łask Pan nie zwykł użyczać, jeno tym, którzy już nabyli doskonałej czystości sumienia.
ROZDZIAŁ 10
Zaczyna opisywać łaski, jakich Pan jej udzielał na modlitwie; jak i w czym możemy sami sobie dopomagać do otrzymania podobnych darów; jak wiele zależy na tym, byśmy rozumieli łaski, jakie Pan nam daje. — Prosi tego, któremu to pismo posyła, by od tego miejsca zacząwszy, to, co napisze, pozostało tajemnicą, skoro według danego sobie rozkazu, musi tak szczegółowo opowiadać o łaskach przez Pana jej udzielonych.
1. Kilkakrotnie, jak mówiłam (1), miewałam, choć to bardzo prędko przemijało, początki tego, co teraz opowiem. Gdy na modlitwie, jak powiedziałam wyżej (2), stawiałam siebie tuż przy Chrystusie i przedstawiałam Go sobie mieszkającego we wnętrzu moim, nieraz także w czasie czytania, zdarzało mi się, że znienacka przenikało mię takie żywe uczucie obecności Bożej, że żadną miarą nie mogłam wątpić o tym, że On jest we mnie albo ja cała w Nim pogrążona. Nie było to rodzajem (s.179) widzenia; było to coś innego; zowią to, zdaje mi się, teologią mistyczną.
Sprawuje to takie zawieszenie duszy, iż cała jakoby wychodzi z siebie. Wola w tym stanie kocha; pamięć zdaje się jakby zatracona: rozum, o ile mi się zdaje, nie myśli ani się nie gubi (3), tylko, jak mówię, nie działa (4) będąc jakby przerażony wielkością tych rzeczy, które ogląda, bo Bóg chce aby rozumiał, że z tego, co mu w tej chwili ukazuje Boski Jego Majestat nic a nic nie rozumie.
2. Przedtem miałam prawie ustawicznie rzewne uczucia pobożne; łaski tej, o ile mnie się zdaje, możemy w pewnej mierze i do pewnego stopnia własnym staraniem dostąpić; jest to pociecha ani całkiem zmysłowa, ani też czysto duchowa, ale cała jest darem Bożym. Możemy jednak, zdaje mi się, skutecznie sobie do osiągnięcia jej dopomóc, zastanawiając się nad niskością naszą i nad niewdzięcznością naszą względem Boga za tyle dobrodziejstw, które nam uczynił; rozważając Mękę Zbawiciela i tyle ciężkich boleści Jego, i całe życie Jego tak pełne cierpienia; zapatrując się z lubością na wspaniałość dzieł Pańskich, na wielkość nieskończoną majestatu Jego, jak nas umiłował i wiele innych rzeczy, które każdemu kto szczerze pragnie postąpić w dobrym, co chwila same się nasuwają, chociażby nie bardzo na nie był uważny. Jeśli więc do takiego rozważania przyłączy się nieco miłości, wtedy dusza się raduje i serce się rozrzewnia, i łzy płyną; czasem sami jakby siłą z siebie je dobywamy, czasem znowu Pan, rzekłbyś, własną ręką źródło ich otwiera, tak iż powstrzymać go ani oprzeć się nie zdołamy. Tak to hojnie, za tę trochę usilności naszej, Bóg (s.180) nam płaci darem tak wielkim, jakim jest pociecha, przenikająca duszę wśród tych łez jej, gdy wie i widzi, że płacze dla Pana tak wielkiego; i nie dziw, bo ma tu słuszny i przewyższający powód do serdecznej pociechy, tą pociechą się raduje, w niej słodko odpoczywa.
3. Nasuwa mi się tu porównanie, trafne jak sądzę. Rozkosze te duchowe na modlitwie podobne są poniekąd do rozkoszy wybranych w niebie, którzy choć tam nie oglądają nic więcej nad to, co Pan wedle zasługi każdego chce aby oglądali, każdy z nich przecie, widząc jak małe są zasługi jego, rad jest i szczęśliwy z miejsca, jakie otrzymał; stąd taka jest niezmierzona różność stopni rozkoszy niebieskich, bez porównania większa od różnicy jaka tu na ziemi zachodzi między jedną pociechą duchową a drugą, choć i tu rozmaitość stopni jest bardzo wielka.
Tak i duszy początkującej, gdy Bóg użyczy tej łaski, prawdziwie już zdaje się, że nie masz nic, czego by jeszcze pragnąć miała i poczytuje się za obficie nagrodzoną za wszystką pracę i służbę swoją, i bez wątpienia ma słuszność; bo jedna taka łza, jak mówiłam, usilnym staraniem naszym wywołana — chociaż bez Boga daremna byłaby wszelka usilność nasza — żadną jak sądzę, najcięższą pracą tego życia nie może być godnie okupiona, tak wielką jest jej wartość i tak wielki zysk nam przynosi. Bo jakiż może być większy zysk nad taką pociechę, dającą duszy niejakie świadectwo, iż jest przyjemna Bogu? Kto przeto tej łaski dostąpi, niech za nią wielbi Boga ile zdoła, niech zna siebie wielce dłużnym boskiej dobroci Jego; snadź już Pan chce go mieć domownikiem swoim i przeznacza go do królestwa swego, byleby wstecz się nie cofał.
4. Niechaj się nie uwodzi pewną fałszywą pokorą, o której tu mówić zamierzam, a która na tym się zasadza, że ktoś przez rzekomą pokorę nie uznaje w sobie darów, jakich Pan mu użycza. Zrozumiejmy to dobrze i nigdy o tym nie zapominajmy, że Bóg nam daje łaski swoje bez żadnej zasługi naszej, że zatem naszą powinnością jest dziękować za nie Boskiemu (s.181) Majestatowi Jego; bo jeśli nie znamy i nie rozumiemy tego, co od Niego otrzymujemy, nie zdołamy też pobudzić siebie do miłości Jego; i rzecz pewna, że im jaśniej dusza uznaje, jak przez łaskę Bożą jest bogata, znając przy tym jak sama z siebie jest uboga, tym wyżej postąpi w cnocie, tym głębiej się utwierdzi w pokorze prawdziwej. W przeciwnym razie, gdy przez ową fałszywą pokorę wyobraża sobie, że nie jest sposobna do posiadania wielkich łask, i skoro Pan pocznie jej takowych udzielać, lęka się tylko i drży, aby nie zgrzeszyła próżnym upodobaniem w samej sobie, dusza taka pozbawia siebie wszelkiej otuchy i dzielności do dobrego. Wierzmy mocno, że Ten, który nam daje dary swoje, da także łaskę, abyśmy umieli poznać poduszczanie czarta, jeśliby z powodu tych darów począł nas kusić próżną chwalą, że da i moc, abyśmy pokusie sprzeciwiać się mogli, jeśli tylko w szczerości serca chodzimy przed Bogiem i Jemu pragniemy się podobać, a nie ludziom.
5. Rzecz to jasna, że im większe kto nam wyświadczył dobrodziejstwa, tym więcej miłować go będziemy. Jeśli więc słuszna jest rzecz i wielka zasługa pamiętać zawsze na to, że od Boga mamy byt i istność naszą, że On nas stworzył z niczego i zachowuje nas, że wszystkie dobrodziejstwa męki i śmierci swojej zgotował i w pogotowiu trzymał dla każdego z nas dziś żyjących, na długo przedtem nim nas stworzył; czemuż by mnie nie miało się godzić, bym uznawała to i jasno widziała, i ustawicznie rozpamiętywała, jak niegdyś podobałam sobie w rozmowach próżnych, a jak teraz Pan mi dał tę łaskę, że o niczym mówić nie lubię i nie chcę, jeno o Nim? Oto klejnot drogi, który, gdy wspomnimy, że On go dał i że jest w posiadaniu naszym, pobudza i zniewala do miłości, i ten jest szczęśliwy owoc modlitwy wewnętrznej, opartej na pokorze. Cóż dopiero będzie, gdy dusza ujrzy w swym władaniu inne klejnoty jeszcze droższe, takie jak je już otrzymał niejeden sługa Boży, łaskę na przykład wzgardy świata, owszem i wzgardy siebie samego? — Rzecz jasna, że tym bardziej wówczas musi uznawać siebie dłużną Panu i obowiązaną do (s.182) służby Jego, pomnąc, że sama z siebie nic z tego wszystkiego nie miała, i wielbić hojność Pana, który duszy tak ubogiej, grzesznej i ogołoconej z wszelkiej zasługi, jaką jest dusza moja, której aż nadto było onej pierwszej perełki, raczył użyczyć tyle innych jeszcze droższych łask i większymi obsypać mię bogactwami, niżbym sama pragnąć mogła.
6. Powinniśmy zdobywać się na nowe siły do służby Bożej i nie okazać się niewdzięcznymi, bo z tym warunkiem Pan daje nam łaski swoje. I jeślibyśmy nie czynili dobrego użytku z tego skarbu i z tego wysokiego stanu, do którego nas podnosi, On je nam znowu odbierze i w większym daleko ubóstwie nas pozostawi, niż byliśmy przedtem, a perły swoje da takiemu, który je wierniej uszanuje i pożytek z nich uczyni sobie i drugim.
Lecz jakże mógłby czynić taki pożytek i hojnie użyczać drugim, kto by nie wiedział o tym, że jest bogaty? Przy takiej naturze jak nasza, niepodobna, zdaje mi się, by kto zdobył się na serce i odwagę do rzeczy wielkich, jeśli nie ma wewnętrznego przeświadczenia, iż w łasce jest u Boga; tak przecież jesteśmy nędzni i tak skłonni do rzeczy tej ziemi, że trudno by zdołał obrzydzić sobie wszystkie dobra doczesne i wielkim sercem od nich się oderwać, kto nie jest przeświadczony, że posiada już niejaki zadatek dóbr wiecznych. Przez te dary swoje Pan przywraca nam siłę i męstwo, które my przez grzechy nasze straciliśmy. Trudno tym bardziej, by szczerze pragnął być za nic mianym i wzgardzonym od wszystkich i nabył wszystkich owych wielkich cnót, którymi jaśnieją doskonali, kto, prócz wiary żywej, nie czuje w sobie nijakiego zadatku tej miłości, jaką Bóg go miłuje. Bo tak jest nieczuła dla rzeczy nadziemskich natura nasza, że tylko do tego się garniemy, co widzimy na oczy i dlatego właśnie owe łaski i dary Boże, gdy je uznajemy w sobie i widzimy, budzą wiarę naszą i nowej dodają jej dzielności. Może być, że jako jestem zła i grzeszna, sądzę o tych rzeczach według siebie; mogą być inni, którym do spełnienia uczynków wysoce doskonałych (s.183) niczego więcej nie potrzeba, jeno samej prawdy wiary; ja w nędzy swojej potrzebowałam wszystkich tych pomocy.
7. Te rzeczy niech oni nam wyjaśnią; co do mnie, opisuję tu tylko co było ze mną, jak mi kazano; a jeśli piszę co nie do rzeczy, ten któremu to posyłam, podrze pisanie moje, bo lepiej ode mnie potrafi poznać, co jest złego. Proszę go też na miłość Zbawiciela, by to wszystko ogłosił, co dotąd powiedziałam o niecnotliwym życiu swoim i o grzechach. Od dziasiaj daję na to pozwolenie jemu i wszystkim moim spowiednikom. Wszystko to niech ogłoszą, jeśli chcą, natychmiast jeszcze za życia mego, bym snadź nie oszukiwała ludzi, aby myśleli, że jest we mnie co dobrego; prawdziwie i z wszelką pewnością, o ile znam i rozumiem dzisiaj sama siebie, upewniam ich, że ogłoszenie to wielką mi sprawi pociechę.
Ale co do tego, o czym teraz dalej mam mówić, pozwolenia nie daję, i jeśliby ten opis komu pokazać mieli, nie chcę, by wyjawili, kto jest ta, w której takie rzeczy się działy, ani kto to napisał; dlatego też nie wymienię tu nigdzie nazwiska swojego ani niczyjego, ale według wszystkiej możności swojej postaram się tak pisać, iżbym nie została poznana i o to proszę na miłość Boga. Zatwierdzenie mężów tak uczonych i poważnych dostatecznie zaleci, cokolwiek w tym opisie moim, jeśli Pan mi da łaskę ku temu, mogę powiedzieć dobrego, jeśli tu znajdzie się co zalecenia godnego, będzie to Jego sprawa, a nie moja, bo ja nie mam żadnej nauki ani zalety życia cnotliwego, ani żadnej od nikogo, uczonego czy kogo bądź do pisania tego pomocy; nikt też prócz tych, którzy kazali mi pisać, a których obecnie nie ma tu (5) nie wie o tym, że piszę, a przy tym mogę tylko pisać w chwilach, że tak się wyrażę, kradzionych, bo mię to odrywa od przędzenia, a dom, w którym mieszkam, ubogi jest i zajęcia różnego mi nie brak. Gdyby to jeszcze Pan dodał mi większej zdolności i lepszej pamięci, za pomocą których mogłabym (s.184) przynajmniej korzystać z rzeczy dawniej czytanych lub słyszanych, ale zdolność moja prawie żadna a pamięć bardzo słaba. Jeśli więc z tym wszystkim zdarzy mi się powiedzieć co dobrego, sam Pan to sprawi wedle woli swojej, mając w tym na celu jaki dobry skutek; co zaś będzie złego, to będzie własna moja sprawa i wasza miłość to wykreśli. Jakkolwiek bądź wymienienie nazwiska mego ani w jednym, ani w drugim razie nie może przynieść pożytku, póki żyję, wyjawienie to równałoby się głoszeniu zalet moich, a rzecz jasna, że nikogo nie należy chwalić za życia; tym bardziej jeszcze po śmierci mojej nie ma powodu mówić o mnie, chybaby na to tylko, aby to co w pisaniu moim może być dobrego, straciło wszelką powagę, i nikt by mu wiary nie dawał, widząc, że pisała to osoba tak nędzna i niecnotliwa.
8. W nadziei, że wasza miłość i inni, którzy mają to czytać, uczynicie to o co proszę na miłość Zbawiciela, piszę swobodnie; inaczej miałabym wielki skrupuł, wyjąwszy gdy przychodzi mi pisać o grzechach swoich, bo co do tego żadna mię wątpliwość nie krępuje; co do reszty zaś dość tego, że jestem kobietą, aby mi na samo wspomnienie skrzydła opadły, a tym bardziej, że nie tylko kobietą, ale i niecnotliwą. Wszystko więc co tu nie należy do prostego opisu życia mego, niech to wasza miłość zachowa u siebie, skoro z takim naleganiem żąda ode mnie niejakiego objaśnienia łask, jakie mi Bóg czyni na modlitwie; czy ono okaże się zgodne z prawdami świętej naszej wiary katolickiej? — gdyby nie, wasza miłość natychmiast to spali, na co z góry się zgadzam i poddaję. Powiem więc, co się dzieje we mnie: jeśli są to rzeczy zgodne z wiarą, może wasza miłość odniesie z nich jaki pożytek, jeśli nie, nie omieszka wywieść z błędu duszę moją, by snadź diabeł nie skorzystał z tego, z czego ja spodziewałam się odnieść korzyść dla siebie; bo zawsze, jak wiadomo Panu memu i jak o tym później jeszcze wspomnę, szukałam i pragnęłam znaleźć takich, którzy by mię oświecić mogli.
9. Jakkolwiek pragnę jasno wyrazić to, co wiem o tych przejściach wewnętrznych na modlitwie, słowa moje wydadzą (s.185) się zapewne bardzo ciemne tym, którzy nie mają doświadczenia w tych rzeczach. Wskażę tu niektóre trudności, które zdaniem moim stoją na przeszkodzie do postępu na tej drodze i inne, mogące się na niej trafić niebezpieczeństwa, jak mi je Pan dał poznać z własnego doświadczenia. Przez wiele lat zasięgałam w tej mierze zdania ludzi głęboko uczonych i życia duchowego świadomych; wszyscy oni uznali, że mimo tych fałszywych kroków i niewierności moich na tej drodze. Pan łaskawy w ciągu tych dwudziestu i siedmiu lat, odkąd zaczęłam odprawiać rozmyślanie, takiego mi użyczył doświadczenia, jakie inni zaledwie osiągnęli w trzydzieści i siedem, albo czterdzieści siedem lat, przy niezmiennej przez tak długie lata stałości w pokucie i cnocie.
Niech będzie błogosławiony za wszystko i niech mną rozporządza do służby swojej według boskiej woli i dobroci swojej; bo dobrze wiadomo Panu memu, że w tym objawieniu łask, jakie mi uczynił, nic innego nie mam na celu, jeno przymnożenie Mu chwały i uwielbienia wedle maluczkiej miary mojej, ukazując jak spodobało Mu się takie plugawe i cuchnące śmietnisko zamienić w ogród, takim wdzięcznym kwieciem woniejący. Niech mię boska dobroć Jego uchroni od tego nieszczęścia, bym je kiedy jeszcze z własnej winy wyplenić miała... i stać się znowu taką, jaką przedtem byłam. O to błagam na miłość Bożą, niech prosi za mną miłość wasza, bo lepiej i jaśniej wie czegom warta, niż mi to pozwolił tu wypowiedzieć.
ROZDZIAŁ 11
Wskazuje, czyja w tym wina, że dusza nie dochodzi od samego początku do doskonałej miłości Boga. — Zaczyna za pomocą porównania objaśniać cztery stopnie modlitwy wewnętrznej. — Tu mówi o pierwszym z tych stopni. Wielki z niego pożytek dla początkujących i dla tych, którzy nie doznają pociech na modlitwie.
1. Mówiąc w dalszym ciągu o tych, którzy poczynają czynić siebie niewolnikami miłości, bo nie czym innym, (s.186) zdaniem moim, jest postanowienie naśladowania tą drogą modlitwy wewnętrznej Tego, który nas tak umiłował, widzę, iż jest to godność tak wielka, że na samo jej wspomnienie niewypowiedzianej doznaję radości; bo jeśli tylko w tym początkowym stanie zachowujemy się tak jak należy, od razu bojaźń niewolnicza musi precz ustąpić. O Panie duszy mojej, jedyne dobro moje! Czemu nie spodobało się Tobie tak zrządzić, by dusza, skoro się zdobędzie na postanowienie miłowania Ciebie i gotowa uczynić wszystko co jest w jej mocy, ogołacając się z wszystkiego dla lepszego napełnienia się miłością Twoją, od razu zdołała się wznieść do doskonałej miłości i posiadaniem jej się cieszyć? Źle mówię; raczej powinnam powiedzieć i żalić się: dlaczego my sami nie chcemy — bo nasza jedynie to wina — cieszyć się od razu taką wysoką godnością? Osiągnąwszy bowiem posiadanie tej prawdziwej miłości Boga, osiągamy zarazem wszystkie dobra, których ona jest źródłem i wszystkie je za sobą sprowadza. Tak się drożymy, tak się ociągamy z oddaniem się Bogu bez podziału; za czym też, ponieważ Bóg nie chce, byśmy używali tak wysokiego szczęścia nie zapłaciwszy za nie wysokiej ceny, zawsze nam nie dostaje należnego przysposobienia do jego osiągnięcia.
2. Wiem dobrze, że nie ma na tej ziemi żadnej rzeczy tak kosztownej i drogiej, by mogła starczyć na okupienie tak wielkiego dobra; lecz gdybyśmy czynili co jest w naszej mocy, nie przywiązując się do żadnej rzeczy ziemskiej a starając się o to, by wszystko nasze pożądanie i obcowanie było w niebie, nie ma, sądzę, wątpliwości, że bardzo rychło otrzymalibyśmy to dobro, tak bez odkładania i bez podziału czyniąc siebie gotowymi do przyjęcia go, jak tego niejeden Święty przykładem swoim nas uczy. Lecz my łudząc siebie, żeśmy Bogu oddali wszystko, w rzeczy samej ofiarujemy Mu tylko dowód i owoc, a grunt i własność zatrzymujemy sobie. Obieramy sobie dobrowolne ubóstwo — co w istocie wielką jest zasługą — ale nieraz na nowo oddajemy się troskom i zachodom, aby nam nie zabrakło — nie tylko rzeczy potrzebnych, ale i zbytecznych i (s.187) ubiegamy się o przyjaciół, którzy by nam tych rzeczy dostarczali. Z obawy niedostatku na większe narażamy się kłopoty a może i niebezpieczeństwa niż te, dla uniknęcia których zrzekliśmy się posiadania dóbr naszych.
Podobnież zdaje nam się, że samym już poświęceniem siebie powołaniu zakonnemu, wstąpieniem na drogę życia duchowego i dążenia do doskonałości zrzekliśmy się czczej sławy i honoru światowego; lecz zaledwie kto w czymkolwiek dotknie tego naszego honoru, już nie pamiętamy na to, żeśmy go oddali Bogu, chcemy go odebrać na powrót i wynosić się, i niejako wyrwać go z rąk tego, któregośmy — zdawało się — dobrowolnie i raz na zawsze Panem czci swojej obrali. Tak samo czynimy we wszystkim.
3. Doprawdy, szczególniejszy to sposób nabywania miłości Bożej! Chcielibyśmy od razu, jak to mówią, pełnymi rękami ją czerpać, a równocześnie zachowywać w sercu ziemskie przywiązania, nie usiłując przywieść do skutku dobrych chęci naszych i podnosić wyżej pragnienia nasze; chcielibyśmy przy tym używać w pełni wszelkich pociech duchowych. To chyba nie uchodzi i jedno nie zgadza się z drugim. Tak więc dlatego, że my nie zdobywamy się na oddanie się Bogu od razu i całkowicie, Bóg też nie od razu i nie całkowicie użycza nam tego skarbu swego. Oby przynajmniej w boskiej łaskawości swojej użyczał nam go po kropelce, chociażby żądał w zamian od nas wszelkich, jakie mogą być na świecie najcięższych prac i trudów.
4. Bardzo wielkie miłosierdzie czyni Bóg temu, komu da łaskę, męstwo i skuteczne postanowienie dążenia ze wszystkich sił do osiągnięcia tego dobra; takiemu jeśli wytrwa, Bóg, który nie odmawia siebie nikomu, stopniowo coraz większej będzie dodawał odwagi, aż w końcu wzbije się do tego zwycięstwa. Odwagi, mówię, bo wielkie i niezliczone są trudności, jakie czart stawia początkującemu, aby nie wstąpił na tę drogę modlitwy wewnętrznej, gdyż wie dobrze nieprzyjaciel zbawienia, jaką z tego szkodę odniesie, iż nie tylko tę jedną duszę utraci, ale i wiele innych przez nią. Kto bowiem od początku (s.188) swego życia duchowego usiłuje przy łasce Bożej piąć się aż na szczyt doskonałości, ten, sądzę, nigdy nie wnijdzie do nieba sam jeden; przykładem i wpływem swoim pociągnie za sobą wielu; Bóg jak dzielnemu wodzowi dodaje mu towarzyszów, aby z nim i za nim szli.
Dlatego więc, jak mówię, diabeł takie początkującemu stawia trudności i niebezpieczeństwa, iż niemałej potrzeba odwagi i wielkiej łaski od Boga, aby się wstecz nie cofnąć.
5. Kiedy już mówię tu o pierwszych początkach tych dusz, stanowczą mających wolę dążenia do tego dobra i zwycięskiego dokonania przedsięwzięcia swego (o tym, co wyżej zaczęłam mówić, o teologii mistycznej, jak ją, zdaje mi się, nazywają, powiem obszerniej w dalszym ciągu), trzeba wiedzieć, że praca najtrudniejsza znajduje się właśnie w tych początkach; tutaj dusza czuje całe brzemię trudów, a Pan dodaje tylko siły do ich znoszenia, gdy przeciwnie na dalszych stopniach modlitwy przeważa pociecha i wesele; choć jednak i na początku, i w środku, i przy końcu tej drogi, wszyscy zarówno noszą krzyże swoje jakkolwiek różne, bo jak drogą krzyża szedł Chrystus, tak i tym, którzy Go naśladują, tąż drogą iść potrzeba, jeśli nie chcą zbłądzić. Błogosławione to cierpienia, które już tu w tym życiu tak nad miarę szczodrobliwą nagrodą się opłacają!
6. Zmuszona tu jestem użyć porównań, jakkolwiek chciałabym ich uniknąć, dlatego, że jestem kobietą i dlatego, że pragnę pisać po prostu co mi kazano; ale ta mowa duchowa tak jest trudna do wyrażenia, zwłaszcza temu, kto tak jak ja żadnej nie ma nauki, że potrzeba mi z konieczności szukać jakiego na to sposobu. Rzadko kiedy zapewne porównanie moje okaże się trafne; będzie wtedy wasza miłość miał z niego rozrywkę, uśmiechając się na takie niedołęstwo moje.
Oto więc porównanie, które, zdaje mi się, gdzieś kiedyś czytałam czy słyszałam, ale mając złą pamięć nie wiem już gdzie i przy jakiej okazji; dość że na teraz wydaje mi się odpowiednie do objaśnienia myśli mojej. Początkujący w życiu duchowym i w modlitwie wewnętrznej niech sobie przedstawi, (s.189) że przystępuje do założenia ogrodu rozkoszy przyjemnego Panu, na gruncie mocno jałowym i chwastami zarosłym. Sam Boski Pan wpierw własną ręką wyplenia z niego złe zielska i wonnymi ziołami go zasadza. Ten pierwszy początek, tak przedstawiamy sobie, już jest uczyniony, skoro tylko dusza stanowczą wolą skłoniła się do modlitwy wewnętrznej i już zaczęła jej się oddawać. Do nas zatem należy, byśmy jako dobrzy ogrodnicy mieli staranie o tych młodych roślinach, aby rosły i pilnie je podlewali, aby nie uschły, dopóki się nie rozwiną i kwiatów nie wydadzą, które by słodką wonią swoją rozweselały serce Pana naszego, tak iżby często nawiedzał ten ogród swój i nim się cieszył, i wśród tego kwiecia cnót wszelkich rad odpoczywał.
7. Zobaczmy teraz sposób podlewania, abyśmy zrozumieli co tu czynić powinniśmy, ile nas to pracy będzie kosztowało, jak długo tak nam pracować potrzeba i czy zysk przewyższy nakład pracy.
Czworaki — zdaje mi się — może być sposób podlewania:
albo ciągnąć wodę ze studni, co jest pracą bardzo uciążliwą;
albo za pomocą norii (1) czy wodociągu, dobywając wodę przez obracanie koła, jak tego sama nieraz próbowałam; tu praca mniejsza jest od poprzedniej i więcej dostaje się wody;
albo sprowadzając wodę z rzeki czy ze strumienia, i ten jest sposób o wiele lepszy, bo i ziemia obficiej się wodą nasyca, nie potrzeba więc tak częstego podlewania, i ogrodnik daleko mniejszą ma pracę;
albo wreszcie za pomocą deszczu obfitego; wtedy Pan sam bez żadnej pracy naszej podlewa, i ten sposób bez żadnego porównania przewyższa wszystkie poprzednio wymienione.
8. Stosując teraz do założenia swego te cztery sposoby nawadniania potrzebnego do utrzymania ogrodu — który bez wody zwiędnąłby i zmarniał — sądzę, że za pomocą tego porównania zdołam w pewnej mierze objaśnić cztery stopnie (s.190) modlitwy wewnętrznej, na których Pan w dobroci swojej różnymi czasy duszę moją stawiał. Obym z łaski Jego w taki sposób umiała to wypowiedzieć, iżby było na pożytek jednemu z tych, którzy mi kazali to napisać (2), a którego Pan przez cztery miesiące o wiele dalej naprzód zaprowadził, niż ja zaszłam w siedemnaście lat. Lepiej ode mnie przysposobił siebie, za czym teraz bez żadnej pracy swojej ma ogród podlewany tymi czterema sposobami, a choć woda udziela mu się jeszcze kroplami tylko, wszakże tak szybkie są postępy jego, że niezadługo, przy pomocy Pańskiej cały się w niej zanurzy, niechże się śmieje ze mnie, jeśli mój sposób mówienia o tych rzeczach wyda mu się niedorzeczny.
9. O początkujących w modlitwie wewnętrznej można powiedzieć, że są podobni do ludzi ciągnących wodę ze studni, co jak mówiłam, wielkie im sprawia utrudzenie. Potrzeba im biedzić się ze zmysłami, aby je trzymać w skupieniu, a ponieważ zwykły błąkać się samopas, jest to praca niemała. Potrzeba im przyuczać się powoli do umartwienia przyrodzonej chęci widzenia i słyszenia wszystkiego, a w godzinach modlitwy rzeczywiście już powściągać się od widzenia i słyszenia rzeczy zewnętrznych, usuwając się na samotność i w skupieniu rozpamiętywając przeszłe życie swoje. Wszyscy wprawdzie, ostatni zarówno jak i pierwsi, powinni się często oddawać temu rozpamiętywaniu, ale różna jest dla różnych miara czasu i usilności do tego potrzebnej, jak to niżej objaśnię. Początkujący zwykli dręczyć się tym, że nie potrafią rozpoznać czy mają istotnie żal za grzechy swoje, chociaż z pewnością go mają, skoro mają postanowienie służenia Bogu naprawdę. Powinni usilnie przykładać się do rozmyślania o życiu Chrystusa Pana, a rozmyślanie to jest także utrudzeniem dla umysłu.
Do tego wszystkiego sami dojść możemy, rozumie się przy pomocy łaski Bożej, bo bez niej, jak wiadomo, nie zdołamy ani pomyśleć nic dobrego. W taki sposób zaczynamy (s.191) ciągnąć wodę ze studni. I dałby Bóg, aby się znalazła; ale choć jej kiedy zabraknie, nie będzie to przynajmniej z winy naszej, skoro idziemy czerpać ją i czynimy co możemy, aby te kwiaty nasze były podlane. A Bóg tak jest dobry, że choć nieraz z przyczyn Boskiemu Majestatowi Jego wiadomych — może właśnie dla tym większego postępu naszego — dopuszcza, by studnia okazała się sucha, wszakże jeśli tylko czynimy co do nas, jako dobrych ogrodników, należy, i bez wody zachowa kwiatom życie, a cnotom da pomnożenie. Przez wodę rozumiem tu łzy albo w braku łez wewnętrzne uczucia i rozrzewnienia pobożne.
10. Cóż tedy pocznie taki, który przez długie dni widzi w sobie samą tylko oschłość, niesmak, znękanie i taką bezskuteczność pracy swojej w chodzeniu do studni i szukaniu wody, że gdyby nie pomniał na to, iż tak pracując, przyjemność czyni i posługę oddaje Panu ogrodu, gdyby go nie powstrzymywała obawa postradania tego wszystkiego, co już wysłużył i nadzieja, że przecie nie pozostanie bez pożytku ten trud nużący, jaki ponosi tyle razy spuszczając wiadro do studni i zawsze je wyciągając bez wody — gotów by porzucić wszystko? Nieraz mu się zdarzy, że od zmęczenia już i rąk podnieść nie zdoła ani się zdobyć na żadną myśl pobożną, bo przez to ciągnięcie wody ze studni ma się tu rozumieć działanie i praca rozumu.
Cóż więc, pytam, pocznie ogrodnik w takiej niedoli swojej? — Niech się pociesza, niech się weseli, niech sobie to poczytuje za łaskę największą, że dano mu pracować w ogrodzie tak wielkiego Monarchy, że tak pracując, podoba się Jemu i że w tym ma na celu nie własne zadowolenie swoje, ale zadowolenie Jego. Niech Go wysławia ustawicznie, iż takie mu zaufanie okazuje, widząc jak on przecie z taką pilnością chodzi około pracy przez Niego mu zleconej, choć Pan mu żadnej nie daje zapłaty. Niech Mu dopomaga w noszeniu krzyża, pomnąc na to, że On całe swoje życie dźwigał brzemię krzyża, niechaj nie tu na ziemi szuka chwały królowania z Nim i modlitwy niechaj nigdy za nic nie opuszcza, ale raczej wciąż się utwierdza w mocnym postanowieniu, że chociażby ta (s.192) oschłość miała trwać całe życie, on nie dopuści Chrystusowi upaść pod krzyżem. Przyjdzie czas, że otrzyma zapłatę za wszystko, niech się nie lęka, by miała być stracona praca jego; dobremu Panu służy i oczy Jego na nim spoczywają. Jakiekolwiek by go napastowały złe myśli, niech się nimi nie trwoży; wszak i św. Hieronimowi diabeł także pokusy nasuwał na puszczy (3).
11. Mają swoją cenę te udręczenia; przechodziłam przez nie długie lata (i jeśli kiedy udało mi się jedną kropelkę zaczerpnąć z owej studni błogosławionej, wydawało mi się to szczególną łaską od Boga). Są to, wiem dobrze, cierpienia bardzo dojmujące i większej, zdaniem moim, potrzeba odwagi do zniesienia ich niż do innych wielu utrapień, jakie są na świecie; ale jasno o tym się przekonałam, że Bóg nie zostawia ich bez nagrody, nawet i w tym życiu jeszcze; bo rzecz pewna, że jedna z tych godzin rozkosznego uczucia boskiej słodkości Jego, których mi potem Pan użyczał, wydała mi się przeobfitym wynagrodzeniem za wszystkie udręczenia jakie przez długi czas wycierpiałam, chcąc wytrwać na modlitwie.
Zapewne dlatego Pan częstokroć na początku, a nieraz i przy końcu tej drogi modlitwy wewnętrznej dopuszcza na miłośników swoich te męki duchowe i inne, jakie się nasunąć migą pokusy, aby ich doświadczył, i aby się okazało, czy będą mogli pić kielich Jego i pomagać Mu nosić krzyż, pierwej niż złoży w nich wielkie skarby swoje. Dla dobra naszego, nie wątpmy o tym, boska łaskawość Jego taką nas chce drogą prowadzić, abyśmy dobrze zrozumieli, że jesteśmy niczym; bo taka jest wysokość i wielkość tych łask, których nam potem użycza, iż potrzeba nam, pierwej nim ich użyczy, poznać z własnego doświadczenia nędze nasze, by nas snadź nie spotkało to, co spotkało Lucyfera.
12. Cóż jest, o Panie mój w tych drogach i zrządzeniach Twoich, co by nie zmierzało do większego dobra takiej duszy, (s.193) którą widzisz swoją, że oddaje się w ręce Twoje, aby szła za Tobą gdziekolwiek pójdziesz, aż do śmierci krzyżowej, z mocną wolą dopomagania Ci w noszeniu krzyża i nie pozostawienia Ciebie z nim samego?
Jeśli cię Pan widzi w takim usposobieniu i postanowieniu, zaprawdę nie masz się czego lękać. Istoto duchowa, nie masz się czego smucić, gdy już stoisz na tak wysokim stopniu, jakim jest pragnienie obcowania z Bogiem samym, i porzucenia dla miłości Jego uciech światowych; uczyniłaś już co było najtrudniejszego! Wysławiaj za to boską wielmożność Jego i zdaj się z ufnością na dobroć Jego, bo nigdy On jeszcze nie zrobił zawodu przyjaciołom swoim. Nie dopuszczaj do siebie ani na chwilę takiej myśli: dlaczego tamtemu po niewielu dniach daje łaskę uczuć pobożnych, a mnie jej nie daje po tylu latach? Wierzmy, wszystko to jest dla naszego dobra; niech nas wiedzie boska wola Jego którędy zechce, nie należymy już do siebie, ale do Niego. Dość tej wielkiej łaski, którą nam czyni, że chce, byśmy chcieli pracować w ogrodzie Jego i zostawać przy nim, Boskim Panu, bo On z pewnością jest z nami. Jeśli Mu się podoba, by rosły te zioła i kwiaty jednym przez podlewanie wodą, którą ciągną ze studni, a drugim bez wody, co mnie do tego? Czyń Panie, cokolwiek zechcesz; niech tylko ja Ciebie nie obrażam, niech się nie marnują we mnie kwiaty cnót, jeśli mi ich z samej tylko dobroci swojej użyczyłeś. Cierpieć chcę Panie, bo Ty cierpiałeś; niech się spełni nade mną na wszelki sposób wola Twoja; nie dopuszczaj tylko Boże wielki, by rzecz tak droga jaką jest miłość Twoja, dostała się najemnikom, którzy służą Tobie tylko dla pociech Twoich.
13. Zważmy to dobrze — a wiem, co mówię, bo sama tego na sobie doświadczyłam — że gdy dusza wstąpi na tę drogę modlitwy wewnętrznej i odważnie nią idzie, gdy zdobędzie się na to, by już nie troszczyć się zbytnio o pociechy i uczucia pobożne, ani się zbytnio cieszyć, gdy Pan je da, ani się zbyt smucić, gdy ich zabraknie — wtedy dusza taka już uszła wielką część drogi; choć może nieraz się potknie, niech się nie lęka, by (s.194) dlatego cofała się wstecz, gdyż budowa którą wznosi, na mocnym opiera się fundamencie. Tak jest, miłość Boża nie zasadza się na rozpływaniu się we łzach ani na owych pociechach i rozrzewnieniach, których po większej części pragniemy i cieszymy się, gdy je mamy, ale na tym, byśmy służyli Mu w sprawiedliwości, sercem mężnym i z pokorą; w pociechach zaś duchowych — zdaniem moim — bierzemy tylko a nic z siebie nie dajemy.
14. Dla kobieciny, jaką ja jestem, słabej i małego ducha, może jeszcze tego potrzeba, by Bóg ją pokrzepiał słodkością darów swoich, jak to obecnie czyni, abym mogła znieść niejakie utrapienia, które z boskiej woli Jego na mnie przychodzą. Ale by słudzy Boży, mężowie poważni, uczeni i rozumni, tak się trapili tym, że Bóg im nie daje pociech duchowych, jest to rzecz dla mnie tak niemiła, że i słyszeć o tym nie mogę. Nie mówię, by ich nie mieli przyjmować, gdy im Bóg ich użyczy; owszem, niech je sobie wówczas wysoko cenią, skoro Bóg uznaje, że im w tej chwili przyniosą pożytek. Ale gdy są pozbawieni tych pociech, niechaj się tym nie dręczą, niech powiedzą sobie, że skoro Bóg ich odmawia, widać że nie są im potrzebne i niech umieją panować nad sobą, i cierpliwie przetrwać czas posuchy. Niechaj mi wierzą, bo widziałam to sama i doświadczyłam, że małoduszność taka jest rzeczą zdrożną, jest przeszkodą w dążeniu do doskonałości, gdyż krępuje swobodę ducha i odbiera siłę do mężnych przedsięwzięć.
15. To co mówię, nie dotyczy samych tylko początkujących (chociaż i co do nich też mocno na to nalegam, bo wiele na tym zależy, by od samego początku przystępowali do dzieła z taką swobodą ducha i z takim mężnym postanowieniem), ale mówię to i dla innych, jakich jest wielu, którzy choć dawno zaczęli, nigdy nie mogą dojść do końca. Główna tego małego postępu przyczyna, jak sądzę, jest w tym, że nie chwycili się krzyża od samego początku. Stąd, gdy na modlitwie nie udaje im się działać rozumem, znieść tego nie mogą i dręczą się, i zdaje im się, że nic nie robią; a może właśnie wówczas, choć (s.195) sami o tym nie wiedzą, wola ma pożywny dla siebie pokarm i nowych sił nabiera.
Bądźmy pewni, że Bóg nie zważa na to niedołęstwo umysłu naszego i że takie rzeczy, choć nam się wydają być winą, w Jego oczach żadnej winy nie mają. Lepiej niż my sami zna Boski Pan nasz nędzę i przyrodzoną niskość naszą; wie o tym, że ta dusza, choć nie zawsze potrafi, szczerze już pragnie myśleć o Nim i kochać Go. Tego jedynie usposobienia i postanowienia żąda od nas łaska Jego. Smutki zaś, którymi się trapimy, na nic się nie przydadzą, jeno na większe zaniepokojenie duszy; i jeśli przedtem jedną godzinę była niesposobna rozmyślać, potem, skutkiem tego niepokoju niesposobność jej w czwórnasób się zwiększy. Bo bardzo często (o czym z wielokrotnego doświadczenia się przekonałam i wiem, że tak jest, bo patrzałam na to i zastanawiałam się nad tym i później osób duchownych o to się radziłam), bardzo często, mówię, ta niesposobność pochodzi z niedyspozycji fizycznej. Bo taka jest nędza nasza, że ten więzień, ta biedna dusza nasza podziela z ciałem niedomagania jegu; częstokroć zmienność pogody albo zaburzenia w organizmie tak na nią wpływają, że bez żadnej winy swojej nie może uczynić tego co chce, ale cierpieć musi na wszelki sposób; a gdy w takich chwilach przymuszać ją do modlitwy, złe tym bardziej się wzmaga i tym dłużej trwa. Potrzeba tu roztropności, aby umieć rozpoznać takie pory i nie dręczyć biednej na próżno; niech taka dusza zrozumie, że jest chora; niechaj w takim będąc zniemożeniu, jeśli potrzeba i przez kilka dni inną sobie obierze godzinę modlitwy. Niech znosi jak potrafi ten czas wygnania; bo dla duszy kochającej Boga jest to gorzka niedola widzieć siebie skazaną na takie nędzne życie i nie móc czynić tego, co by uczynić chciała, z powodu takiego uprzykrzonego gościa, jakim jest to ciało.
16. “Roztropności”, mówię, tu potrzeba; bo nieraz i diabeł może być sprawcą tych niesposobności. Nie należy zatem ani opuszczać zaraz modlitwy, ile razy nachodzą nas natarczywe roztargnienia czy zamęt wewnętrzny, ani też upornie dręczyć duszy i zmuszać jej do tego, czego nie może. Są inne (s.196) zajęcia zewnętrzne, jak uczynki miłosierne albo czytanie, do których na ten czas uciekać się można, choć nieraz i na takie rzeczy dusza zdobyć się nie potrafi, niechże wówczas, dla miłości Boga ulży nieco i posłuży ciału, aby ono za to w wielu innych razach służyło duszy, niech użyje świętej jakiej rozrywki w pobożnej rozmowie, w przechadzce na wolnym powietrzu albo cokolwiek spowiednik poradzi innego. W tym wszystkim wielce pomocne jest doświadczenie, które nas uczy, co w danym razie będzie nam pożyteczne, by tak wszystkim można było służyć Bogu. Jarzmo Jego jest wdzięczne; nie trzeba więc ciągnąć duszy, jak to mówią, za włosy, ale raczej prowadzić ją trzeba z cichością i pobłażaniem, aby ochotniej szła naprzód.
17. Powtarzam więc raz jeszcze tę przestrogę (i nie zaszkodzi powtarzać ją jak najczęściej): kto zaczął przykładać się do modlitwy wewnętrznej, niech się o to nie troszczy ani się smuci, gdy dozna na niej oschłości, niepokoju i roztargnienia myśli; jeśli pragnie nabyć swobody ducha i nie żyć w ciągłym udręczeniu, niech nasamprzód nie lęka się krzyża: wówczas przekona się jak słodko i skutecznie Pan dopomaga do noszenia go, jakie zadowolenie uczuje w sobie i jak wszystko będzie mu się obracało w duchowy pożytek. Z tego wszystkiego jasny wniosek, że gdy studnia sucha, nie jest w naszej mocy wodę do niej sprowadzić; ale prawda i to, że nie powinniśmy zaniedbywać należnej baczności, abyśmy, gdy się woda ukaże, gotowi byli ją czerpać, bo tego wówczas Bóg od nas żąda, aby przy takiej pracy naszej, cnoty w nas pomnożył.
Przypisy do rozdziału 9
(1) Cudowne dwie łaski, o których Święta mówi w tym rozdziale, zostały jej użyczone, według Ballandystów, w r. 1555; miała wówczas lat czterdzieści. Łaski te były początkiem jej nawrócenia, czyli raczej zupełnego jej zjednoczenia się z Bogiem. Od tego czasu św. Teresa nigdy ani na chwilę, aż do ostatniego tchnienia nie przestała postępować wielkim krokiem na drodze świętości. “Obraz, o którym Święta wspomina, nie przedstawiał P. Jezusa przy słupie, jak to niektórzy twierdzą, lecz Ecce homo. Obraz ten, wzbudzający widokiem swoim głębokie uczucia litości nad Boskim Zbawcą, przechowuje się dotąd w klasztorze w Awili” (Sylweriusz).
(2) Wyznania, ks. VIII, r. 12.
Przypisy do rozdziału 10
(1) Odnosi się to dwóch wypadków opowiedzianych w r. 9, I i 8.
(2) Odnosi się to do r. 4, 7 i 9, 9.
(3) W zachwyceniu.
(4) Dla uniknięcia mylnej interpretacji tego zdania, dołączono do niego w dawnych wydaniach następującą notę: “Powiada, że rozum nie działa, bo, jak mówiła, nie przechodzi rozumowaniem od jednej rzeczy do drugiej, ani wyprowadza wniosków, ponieważ wszystka uwagę jego pochłania wielkość tego dobra, które mu się przedstawia; w rzeczy samej jednak prawdziwie działa, bo zapatruje się na to co mu się przedstawia i poznaje, że nie zdoła zrozumieć tej rzeczy jaka jest. Kiedy więc mówi: “nie działa”, to znaczy że nie rozumuje, ale zatrzymuje się jakby przerażony wielkością tego co poznaje, to jest tej rzeczy, którą widzi: nie iżby ją poznawał wyraźnie, ale tylko że widzi, iż jest tak wielka sama w sobie, że nie zdoła jej poznać w zupełności”.
(5) Byli to: o. Dominik Banez i o. Garcia z Toledo. — W dalszym ciągu zdania Święta robi wyraźną aluzję do innego domu, w którym pisze książkę, tj. w klasztorze Św. Józefa a nie w pałacu dońi Luisy de la Cerda.
Przypisy do rozdziału 11
(1) Przyrząd hydrauliczny złożony z wielu małych naczyń łańcuchowo ze sobą połączonych, używany powszechnie w Hiszpanii i Francji południowej.
(2) Mówi tu Święta o o. Garcia z Toledo.
(3) Aluzja do listu 22 do Eustochiusza, w którym święty pustelnik skarży się, że w jego wyobraźni wciąż się pojawiają postacie niewiast i rozluźnione obyczaje pogańskiego Rzymu.