
Louis
Couëtte
ŚW. GERARD MAJELLA
(1726-1755)
DZIECKO WYBRANE PRZEZ BOGA
„Mój mały Gerardzie, kto ci dał ten chleb?" –
pyta mama Benedetta. „Taki mały chłopczyk!" – odpowiada jej Gerard. To już
trzeci dzień z rzędu, jak mały chłopiec, który nie mówi, jak się nazywa, daje
Gerardowi wyśmienity biały chleb. I trwa to przez miesiące. Jest rok 1733. Kiedy Gerard
będzie miał 20 lat powie jednej z sióstr, że tym małym chłopcem był Jezus. Na razie
ma tylko 6 lat i nie zastanawia się nad tym. Wszystko wydaje mu się naturalne.
Święty Gerard urodził się 6 kwietnia 1726 roku w
rodzinie Dominika Majella, krawca i Benedetty Galella, jako czwarte dziecko, po 3
córkach. Rodzina zamieszkiwała w Muro Lucano. To mała miejscowość, w której żyło
około 1000 mieszkańców, w prowincji Podenza, 100 km na wschód od Neapolu. Klienci
krawca nie należą do bogatych. Często płacą z opóźnieniem, a czasem – wcale. Nie
jeden raz brakuje w domu nawet chleba.
Rodzice Gerarda są dobrymi chrześcijanami, szczególnie
mama jest bardzo pobożna. Szybko zauważa, że jej małego synka pociąga świat duchowy.
Mówi mu więc o Bogu, o Jezusie, o krzyżu, o Dziewicy, o aniołach. Gerard pije jej
słowa. Ona zaś zabiera go ze sobą do kościoła lub na pielgrzymkę do Madonny. To
prawdziwe szczęście ujrzeć go, jak się modli: można by rzec aniołek. Jego ulubiona
zabawa polega na budowaniu ołtarzyków, stawianiu na nich figurki Matki Bożej lub
świętych, ozdabianiu ich kwiatami.
W wieku 7 lat idzie po raz pierwszy do szkoły. Nie ma
trudności z żadnym przedmiotem, szczególnie lubi lekcje katechizmu, którego nauczyła
go już mama. Gerard jest tak dobrym uczniem, że nauczyciel prosi go, żeby udzielał
pomocy kolegom. Korzysta wtedy ze swej przewagi nad nimi, żeby ich zachęcić do
odwiedzania Jezusa w tabernakulum.
Bardzo wcześnie zapragnął przyjmowania Go w Komunii św.,
lecz w tamtej epoce nie było zwyczaju przystępowania do Komunii św. przed 10 lub 11
rokiem życia. Jeden raz postanowił się wśliznąć między tłum wiernych, lecz kapłan
– rozpoznawszy go – nie dopuścił go do Komunii. Biedne dziecko odeszło na swe
miejsce zalane rzęsistymi łzami. W następną noc jego pokój napełniła wielka
światłość. Św. Michał przyszedł położyć mu hostię na języku. Mały Gerard
wcale nie był tym zaskoczony.
W wieku 10 lat przyszedł czas jego pierwszej Komunii w
kościele. W tamtym czasie można było przystępować do Stołu Pańskiego tylko
niedzielę, a w tygodniu jedynie w nadzwyczajnych okolicznościach. Gerard przygotowuje
się do cotygodniowej Mszy św. idąc do spowiedzi, modląc się i pokutując. Nawet
biczuje się, pragnąc się upodobnić do Swego Mistrza przez modlitwę i umartwienie.
Kilka dni w tygodniu pości o chlebie i wodzie.
Kiedy miał zaledwie 12 lat umarł jego ojciec. Gerard
powinien zarabiać, żeby pomóc rodzinie. Nie może już więc chodzić do szkoły, lecz
– jak postanawia mama – podejmie po ojcu zawód krawca. On jednak czuje, że coraz
bardziej pociąga go życie zakonne.
Chodzi na naukę do miejskiego krawca Pannuto, który
powierza go czeladnikowi, wyjątkowo wrogo nastawionemu do religii. Od razu uprzedza się
on do Gerarda, oczernia go przed panem, posądzając o wszelkie występki. Kiedy Pannuto
pyta chłopca o wyjaśnienia, Gerard – nie odpowiada. Czy Jezus usprawiedliwiał się
przed Swymi sędziami? Czasem czeladnik bije go, lecz on nigdy się nie skarży, zadowala
się stwierdzeniem: „Mój Boże, niech się dzieje Twoja wola. Przebacz mu." Nie
mówi o tym matce, nie donosi panu. Dopiero po jakimś czasie krawiec Pannuto zdał sobie
sprawę, że wprowadzono go w błąd. I to nieuczciwy czeladnik musiał odejść.
Kiedy Gerard ma 15 lat, przyjmuje sakrament bierzmowania. U
pana Pannuto spędził 3 lata. Jego nauka skończyła się i jest zdolnym pracownikiem.
Jednak w sercu odzywa się coraz mocniej głos powołania zakonnego. Tak więc zamiast
zająć się krawiectwem, usiłuje wstąpić do kapucynów. Ponieważ brat jego matki jest
przełożonym Prowincji w Lukanii postanawia zapukać do drzwi jego klasztoru. Jednak
ojciec Galella uznaje go za zbyt młodego i przede wszystkim – zbyt wątłego. To
prawda! Z powodu ustawicznych postów Gerard nie jest zbyt silny. Ponieważ zaś wuj
stwierdził, iż jest on w dodatku niezbyt dobrze odziany, daje mu swój płaszcz, jeszcze
w dobrym stanie i odprawia. Wychodząc z klasztoru Gerard spotyka na wpół nagiego
nieszczęśnika. Daje mu więc ten płaszcz. Wuj przez okno obserwuje scenę. Wychodzi z
klasztoru i choć łagodnie, to jednak udziela mu nagany. Wspaniałomyślny chłopiec
odpowiada po prostu: „Niech się wuj na mnie nie gniewa, ten biedak potrzebował tego o
wiele bardziej niż ja".
Pożegnawszy się na jakiś czas z marzeniami o życiu
zakonnym, dowiaduje się, iż biskup Lacedonii, ten, który udzielał mu bierzmowania,
szuka sługi. Niestety jego trudny charakter sprawia, że nikt nie pozostaje u niego
długo. Kiedy Gerard dowiaduje się o tym uznaje, że to będzie dla niego doskonałe
zajęcie. Będzie bowiem mógł być w pobliżu tabernakulum tak często jak zechce, a w
dodatku surowy pan da mu liczne okazje do składania ofiar ukochanemu Jezusowi.
Rzeczywiście, młodzieniec daje dowody anielskiej cierpliwości i nigdy się nie
uskarża. Cierpkie kontakty z biskupem nie wystarczają mu jednak dla umartwienia. Gerard
dodaje do tego posty i biczowanie, a liczne noce spędza na modlitwie. Kiedyś w czasie
choroby odwiedzający go lekarz stwierdza, że 16-letni Gerard nosi włosiennicę...
Pewnego dnia, kiedy biskup wyjechał, Gerard musiał udać
się do studni po wodę. Zamknął drzwi na klucz i wziął go ze sobą. Kiedy chciał
przymocować wiadro do łańcucha, klucz wysunął mu się z rąk i wpadł na dno studni.
Jacyś ulicznicy, zauważywszy to, zaczęli się z niego naigrawać i zastanawiać, co
zrobi, aby go wyciągnąć. Gerard bez namysłu... udał się do najbliższego kościoła.
Po uwielbieniu Jezusa obecnego w tabernakulum wziął pod pachę figurkę Dzieciątka
Jezus i poszedł z nią do studni. Zdjął wiadro. W jego miejsce przyczepił figurkę,
mówiąc do Dzieciątka Jezus: „Tylko Ty możesz mnie poratować w tej sytuacji. Muszę
go odnaleźć." Po czym spuścił figurkę do studni. Kiedy wciągnął ją z
powrotem, Dzieciątko Jezus trzymało w dłoni klucz... Wdzięczny Bogu odniósł figurkę
do kościoła, a wodę – do domu biskupa.
Po śmierci biskupa Gerard próbował na nowo wstąpić do
kapucynów, lecz z takim samym skutkiem jak za pierwszym razem. Uznając, że w tym
dwukrotnym odrzuceniu Bóg wyraził Swą wole wobec niego, otwarł zakład krawiecki.
Będąc niezależny posiadał całkowitą swobodę udawania się w czasie wolnym na Mszę
św. każdego dnia i najczęściej – służąc do niej. Kanonik, którego zaufanie
pozyskał, powierzył mu nawet klucz do katedry. Mógł więc co noc adorować Jezusa w
tabernakulum przez wiele godzin, a czasem przez całą noc. Ponieważ nie było to po
myśli szatana, książę ciemności próbował wszelkimi sposobami przestraszyć go.
Młody Gerard widywał więc wilki, wyjące psy, przewracające się posągi... Jednak
wiedząc, że Jezus jest z nim, nie przywiązywał do tego większej wagi.
Z powodu swej pobożności i licznych umartwień, stał się
dla wielu: „wariatem". Zachwycało go to! Czyż Jego Boski Wzór nie został
odziany w szatę szaleńców? Otoczenie miało coraz więcej powodów, by utwierdzać się
w swoim przekonaniu... Gerard bowiem – dążąc nieustannie do upodobnienia się we
wszystkim do Chrystusa – znalazł nawet dwóch oprawców, którzy zgodzili się
biczować go linami, a żeby bolało go mocniej – mokrymi. Biczowanie trwało aż do
krwi. Pewnej zaś majowej niedzieli w 1747 r., kiedy przed procesją ustawiono figurę
Dziewicy na drążkach, Gerard trwał w kontemplacji przed Nią. Nagle zerwał się,
zdjął z palca obrączkę, wsunął ją na palec figury, mówiąc: „Oto zaręczyłem
się z Madonną".
Wracając do domu przechodził kiedyś obok mieszkania, z
którego dochodziły krzyki dziecka. Wszedł tam niezwłocznie i ujrzał małe dziecko.
Oparzone przed 10 dniami ramię zadawało mu udrękę nie do zniesienia. Gerard mówi:
„To nic", potem dotyka chorego ramienia: dziecko zostaje uzdrowione. Innym razem na
drodze do kościoła spotyka znaną niewiastę. Na jej twarzy maluje się smutek.
Zatrzymuje ją i pyta, co ją tak trapi. „Nasza mała służąca jest chora. Jej stan
jest beznadziejny. Idę prosić św. Antoniego o cud." „Miej ufność – mówi do
niej – Bóg się tym zajmie. Uczyń jej trzy razy znak krzyża na głowie, a będzie
zdrowa." Kobieta wraca śpiesznie do domu, robi to, co jej polecił i również jej
mała służąca jest zdrowa.
WRESZCIE W KLASZTORZE!
Skoro nie chcieli go przyjąć kapucyni, Gerard zamierza
spróbować gdzie indziej. W sierpniu 1748 r., kiedy ma 22 lata, do Muro Lucano
przybywają kwestować dwaj zakonnicy z całkiem nowego zgromadzenia, założonego przed
16 laty przez niejakiego Alfonsa de Liguori. Uderzony ich pokorą i ubóstwem Gerard pyta,
czy nie mógłby zostać przyjętym do ich zgromadzenia. Oni zaś, pragnąc go
zniechęcić, odpowiadają: „U nas życie polega na pokucie i modlitwie, prócz tego na
trudach... W dodatku śpi się mało, a je jeszcze mniej..." „Ależ właśnie to
mnie pociąga!" – cieszy się z ich odpowiedzi Gerard. Jednak Bóg wymaga od niego
jeszcze nieco cierpliwości. Dopiero gdy na wiosnę, następnego roku, redemptoryści
przybywają głosić misje w Muro, jego marzenie się ziści. Świętość ojców, którzy
głoszą kazania ludowi, dopełnia zdobycia jego gorliwego serca. Na koniec misji zbiera
całą odwagę i pyta przełożonego małej grupy, czy zechcą go przyjąć. Jak u
kapucynów, tak i tu – stanowcza odmowa, z powodu konstytucji fizycznej: nazbyt
wątłej. Przełożony, widząc zapał młodzieńca, w obawie, że mimo wszystko podąży
za nimi, idzie do jego matki. Prosi, żeby go zamknęła na klucz. Po odejściu świętych
ojców Benedetta Majella otwiera pokój syna, lecz zastaje go pusty. Na stole znajduje
kartkę, a na niej tylko kilka słów: „Odchodzę, aby zostać świętym. Zapomnijcie o
mnie."
W drodze dogania trzech misjonarzy. Oni jednak wciąż nie
chcą go przyjąć, ale z powodu jego uporu, nie udaje się im też go „pozbyć".
Gerard mówi z naciskiem: „Przyjmijcie mnie na próbę. Jeśli się nie uda, odeślecie
mnie z powrotem". Wreszcie przełożony się zgadza. Może taka jest wola Boża? –
mówi do siebie. Wysyła go do domu w Deliceto z listem polecającym do rektora
następującej treści: „Wysyłam wam postulanta, całkowicie nieużytecznego jeśli
chodzi o pracę z powodu jego wątłości. W sumie – tylko dodatkowe usta do
wykarmienia. Ale nie potrafiłem się go pozbyć. W Muro jest uważany za młodego
cnotliwego człowieka". Zatem wreszcie Gerard zostaje postulantem. Ma 23 lata.
Bardzo szybko potrafił pokazać, że nie jest tylko
„ustami, które trzeba nakarmić", gdyż pracuje za czterech i daje dowody
przykładnej pobożności. Po 6 miesiącach postulatu wolno mu włożyć sutannę. Do
modlitw przewidzianych regułą dorzuca tyle, ile to tylko możliwe „bez naruszania
świętego posłuszeństwa". Oczywiście kontynuuje pokuty (posty i biczowanie).
Kiedy po kilku miesiącach przełożony zdał sobie sprawę,
że praca w ogrodzie przerasta siły dzielnego nowicjusza, zleca mu pomoc w zakrystii oraz
prace krawieckie. Brat Gerard cieszy się z tego: zapewni mu to we dnie i w nocy
bliskość Najświętszego Sakramentu i Dziewicy Pocieszenia w Jej pięknym obrazie.
NADZWYCZAJNE ŁASKI
Gerard znowu postanawia na własnym ciele odtworzyć mękę
Zbawiciela. Jeden z postulantów zgadza się, po wielkich naciskach, być jego
„katem", ubiczować go, a potem naciągnąć kończyny tak, jak Chrystus na
krzyżu. Kiedy heroiczny nowicjusz prosi mistrza nowicjatu o pozwolenie, spotyka się z
odmową. Pan nie zwleka jednak z daniem mu łaski przeżywania Jego agonii w Getsemani.
Odtąd będzie ją znosił w czwartki i piątki aż do śmierci.
Prócz łaski mistycznego zjednoczenia ze Zbawcielem w
Męce, brat Gerard – darem uzdrawiania – przynosi coraz częściej ulgę w różnych
strapieniach. Pewnego dnia, gdy pracował w okolicy klasztoru, rodzice przyprowadzili
syna, siedzącego na grzebiecie osła syna. Na jego nodze – ropieje wrzód,
uniemożliwiając chodzenie. Proszą o zobaczenie się z bratem Gerardem. On nie mówiąc,
kim jest, pyta ich o powód. „Chcemy otrzymać łaskę uzdrowienia syna. Bez tego nigdy
nie będzie mógł pracować." Brat całuje miejsce rany i mówi do chłopca:
„Odpocznij teraz, braciszku, a jutro odjedziesz". Chory wstaje, nie odczuwając
bólu. Kiedy odwija bandaże, nie ma śladu rany.
ŚWIĘTE POSŁUSZEŃSTWO
Brat Gerard praktykował wszelkie cnoty w stopniu
niezwykłym, ale przede wszystkim – święte posłuszeństwo. Czynił tak, żeby się
upodobnić do swego Wzoru, który „był posłusznym aż do śmierci i to śmierci
krzyżowej." Za każdym razem, kiedy przełożony dawał mu jakiś nakaz, wypełniał
go natychmiast, bez zastanowienia i nie pytając o wyjaśnienia. Pewnego dnia został
furtianem. Rektor powiedział mu: „Kiedy usłyszysz dzwonek, zostaw, co robisz, i idź
natychmiast otworzyć drzwi". W tym dniu był w piwnicy nalewając wino dla całej
wspólnoty. Rozległ się dzwonek akurat w chwili, gdy wywiercił dziurę w beczce.
Pozostawiając wszystko pobiegł do drzwi z dzbanem w ręce. Kiedy po dość długim
czasie przybiegł do piwnicy, beczka była wciąż otwarta, ale ani jedna kropla nie
wypłynęła z niej. Wydało mu się to całkiem normalne, przecież zastosował się
doskonale do polecenia przełożonego.
Kiedy otrzymywał polecenie udania się gdzieś, wychodził
o ustalonej godzinie, czy była mgła, czy słota. I tak pewnego dnia miał udać się w
dwudniową podróż. W drodze zaskoczyła go mgła, a potem noc. Tymczasem droga
prowadziła przez niebezpieczne strome ścieżki. Obfite opady sprawiły, że brody były
nie do przejścia. Tymczasem jakiś dziwny osobnik schwytał jego konia za uzdę,
chichocząc piekielnie: „Wreszcie jesteś zdany na moją łaskę!". Gerard szybko
rozpoznał w czyje wpadł ręce. Bez przestrachu, wydał polecenie: „To ty, nieczysta
bestio! W imię Jezusa i Maryi zaprowadzisz mnie teraz do Lacedonii: ani nie gubiąc
drogi, ani nie czyniąc mi zła!" Szatan zmuszony słuchać, doprowadził brata
Gerarda gdzie trzeba. Kapłan, do którego domu puka już go nie oczekiwał. Nie może
więc pojąć, jak to możliwe: ujrzeć go całego i zdrowego o takiej porze i w taką
pogodę! Odzywa się na powitanie: „Nawet diabeł nie wyszedłby dziś na dwór".
Wtedy brat Gerard opowiada co mu się przytrafiło i obydwaj oddają chwałę Bogu.
NIEUSTRASZONY MISJONARZ
W 3 lata po wstąpieniu do klasztoru brat Gerard może już
złożyć śluby. Spala go pragnienie nawracania dusz, jak największej ich liczby, żeby
drogocenna Krew Zbawiciela nie była wylewana na darmo. „O mój Boże! – wyrwie mu
się okrzyk – Gdybym tak mógł nawrócić tylu grzeszników, ile jest kropli w morzu,
ziaren piasku na ziemi i liści na drzewach!" Podczas rekolekcji, w klasztorze w
Deliceto, gdzie mieszkał, rozpala wszystkich gorliwością. Do płomiennych słów, do
czytania w sumieniach, dodaje wciąż modlitwę i umartwienie.
W jego życiu ujawniają się wciąż nowe łaski, jakimi
Pan darzy Swego wiernego sługę. Brat Gerard nie zawahał się np. zatrzymać jednego z
uczestników rekolekcji, który szedł do Komunii po spowiedzi, w której zataił grzechy.
Powiedział mu: „Idziesz do Komunii z tymi grzechami, które ukryłeś przed kapłanem.
Szybko idź wyspowiadaj się dobrze, inaczej ziemia cię pochłonie". Innym razem
rozmawiając na osobności z jakimś grzesznikiem powiedział: „A teraz my
trzej..." grzesznik na to: „Widzę tylko nas dwóch" „A On? – pyta brat
Gerard podnosząc krucyfiks i przypominając zatwardziałemu grzesznikowi jego
najpoważniejsze winy. Chrystus na krzyżu zaczął krwawić. Zaskoczony mężczyzna
zastanawiał się, skąd ta krew pochodzi. Brat Gerard odpowiedział mu: „To z twojego
powodu, przez twoje grzechy i grzechy całego świata. Jakie zło Bóg ci uczynił, że Go
tak obrażasz? Strzeż się: kiedy miłosierdzie Boże się wyczerpie, przyjdzie
kara."
Czy mogli nie nawrócić się najbardziej zatwardziali
grzesznicy? Przełożony więc zdawszy sobie sprawę, że Gerard nie jest zwykłym
zakonnikiem, postanowił nie trzymać go w zamknięciu klasztoru. Liczył, że na
spotkaniu z nim skorzysta duchowo wiele dusz. Wysyła go tu i tam, z pomocą ojcom w
czasie prowadzonych przez nich misji. I tak pewnego dnia udał się do sąsiedniego
miasta. Otrzymał wewnętrzne pouczenie, iż spotka wielkiego grzesznika, krawca jak on.
Rozpoznał go, zatrzymał i zaproponował pomoc, jednak tamten odpowiada: „Zostaw mnie w
spokoju, biedny braciszku". Nie zniechęcony brat Gerard ujawnia przed nim całą
jego nędzę, a w końcu prosi, żeby zdał się na wszechmocne miłosierdzie Boga i
poszedł się wyspowiadać: „Idź do Deliceto, zwróć się do ojca F. i powiedz, że
posłał cię brat Gerard. Pięknie się wyspowiadaj i niczego już się nie bój."
Nawrócenie tego grzesznika było całkowite i ostateczne. Pozostał w klasztorze
wykonując dobrowolnie zawód krawca i prowadząc budujące życie.
Kiedy ojcowie w czasie misji nie potrafili sobie poradzić,
z jakimś grzesznikiem, mówili zwykle: „Idźcie po brata". Prawie zawsze
najbardziej zatwardziali grzesznicy powracali pod jego wpływem do Boga. Stał się tak
sławny, że stale gdzieś proszono go o przybycie. Wszędzie czynił dobro dla dusz i dla
ciał, dokonując setek, jeśli nie – tysięcy cudów w ciągu tak krótkiego życia.
Kiedy wierny sługa Boga usiłuje upodobnić się we wszystkim do Boskiego Wzoru przez
posłuszeństwo, pokorę, modlitwę, umartwienie i gorliwość w zbawianiu dusz, czyż nie
jest rzeczą naturalną, że Bóg dopełnia tego podobieństwa dając mu też możność
czynienia cudów?
NIEZLICZONE CUDA
We wrześniu 1753 r. brat Gerard otrzymuje zadanie
poprowadzenia pielgrzymki 11 studentów teologii. Otrzymuje na wydatki związane z tą
wyprawą małą sumę, w sposób oczywisty – niewystarczającą. W pierwszym dniu, nie
popełniając żadnych szaleństw mała grupa wydaje cały posiadany majątek! „Nie
ważne – myśli brat Gerard – Bóg się o wszystko zatroszczy". I rzeczywiście!
Kiedy udają się pokłonić Jezusowi w Najświętszym Sakramencie i chcą zakupić
kwiaty, brat Gerard wkłada rękę do sakiewki i wyciąga z niej sumę wystarczającą na
zapłatę. Potem udają się w dalszą drogę. Płacąc za gospodę brat Gerard znowu
znajduje pieniądze. Innego dnia poleca z ufnością udanie się do jadalni, choć
wiadomo, że nic w niej nie przygotowano. Kiedy wchodzą, widzą zastawiony stół. W
dalszej drodze proszą wieśniaka, żeby dał się im napić wody, ale ten odmawia. Nie
mija wiele czasu, a w jego studni nie ma już ani kropli wody. Przerażony, zdając sobie
z sprawę, co uczynił, spieszy do męża Bożego prosić go o przebaczenie. Brat modli
się i studnia napełnia się wodą. Wszyscy zaspokajają pragnienie.
Chcąc odpowiedzieć na wezwanie najwyższego
przełożonego, św. Alfonsa de Liguori, brat Gerard nieustannie prosi Boskiego Mistrza o
„łaskę bycia wzgardzonym i wyszydzonym, jak On, z miłości do Niego". We dnie i
w nocy powtarza tę modlitwę i nie cofając się, przyjmie to, o co prosił. Niebo
odpowie mu.
Opinia o jego świętości wywołuje bowiem zazdrość. Są
osoby, które z chęci zemsty opowiadają najgorsze oszczerstwa. Pytany o to przez
przełożonych, wobec stawianych mu zarzutów, wzorem swego Mistrza... nie wypowiada ani
jednego słowa w swojej obronie. Popada więc w niełaskę i nie ma już prawa do
głoszenia kazań ani do przyjmowania kogokolwiek. Nie może nawet służyć do Mszy św.
Nadchodzi jednak dzień, kiedy winowajcy nawracają się, a brat Gerard zostaje
całkowicie uniewinniony.
Pewnego dnia przebywa u przyjaciół w Oliveto, u państwa
Salvadore. Stamtąd udaje się pewnego dnia do zaprzyjaźnionej rodziny. Wychodząc gubi
chusteczkę. Młoda dziewczyna przynosi mu ją do domu państwa Salvadore. „Proszę ją
zatrzymać – odpowiada jej – przyda się pewnego dnia." To dziwna odpowiedź.
Zrozumiano ją dopiero później. Po jakimś czasie dziewczyna wyszła za mąż. Kiedy
nadszedł dzień narodzin jej pierwszego dziecka i wydawało się, że straci życie.
Młoda małżonka przypomniała sobie o chusteczce „świętego". Położyła ją na
brzuchu i nagle, wbrew wszelkim najgorszym przewidywaniom, bez trudu urodziła swe
dziecko. Nowina rozeszła się lotem błyskawicy, a chusteczkę... rozdarto na strzępy.
Każdy chciał mieć kawałek. Od tego dnia matki mające urodzić dziecko, przyzywają
brata Gerarda w modlitwach.
Uzdrowił wielu chorych, czyniąc znak krzyża na ich ciele.
Choroby odchodziły natychmiast. Jednak dokonywał i innych cudów. Pewnego dnia, w czasie
burzy, rybackiej łodzi u wybrzeża Neapolu groziło zatonięcie. Na widok tego święty
uczynił znak krzyża i wszedł do wody, idąc po wzburzonym morzu. Po dojściu do łodzi
„W Imię Trójcy Przenajświętszej" przyciągnął ją do portu, „jakby była
lekka jak korek". Zaraz potem musiał się ukryć, żeby nie wniesiono go do miasta
na ramionach.
Pod koniec roku 1754 zostaje furtianem. Do jego obowiązków
należy więc też rozdzielanie jałmużny biedakom. Bezgraniczna miłość brata Gerarda
sprawia, że zapomina o ostrożności: rozdaje, rozdaje, rozdaje... Brat piekarz zauważa,
że nie ma już chleba nawet na śniadanie. Śpieszy powiadomić przełożonego, a kiedy
przychodzą to sprawdzić, okazuje się, że dzieża jest pełna. Innego dnia zaczyna
brakować pszenicy w spichrzu. Ekonom oblicza, jak wykorzystać resztę. A kiedy chcą
sprawdzić pozostałe im zapasy, okazuje się, że spichlerz jest znowu pełen. Pan
pomnożył to, co oddali biedakom. Wszystko to nie dziwi jedynie brata Gerarda. Jeśli go
coś zaskakuje, to tylko brak ufności jego współbraci w Bożą Opatrzność.
ŚMIERĆ ŚWIĘTEGO
W sierpniu 1755 brat Gerard nabiera przekonania, że jego
dni na ziemskim padole są policzone. Prosi przełożonego o zawieszenie na drzwiach jego
celi napisu następującej treści: „Tu wypełnia się wolę Boga, jak On chce i jak
długo On chce". Prosi też o umieszczenie naprzeciw łóżka wielkiego krucyfiksu,
przed którym trwa w ekstazie, czasem nawet przez dwie godziny w ciągu dnia.
Na początku września, dotknięty czerwonką i gruźlicą
bliski jest oddania ostatniego tchnienia. Otrzymuje wtedy list od swego kierownika
duchowego, nakazujący mu już więcej nie pluć krwią. Krwotoki natychmiast ustają.
Kiedy lekarz dopytuje się, dlaczego zniknęły objawy gruźlicy, a pozostała czerwonka,
brat Gerard odpowiada po prostu, że otrzymał jedynie nakaz, żeby nie pluć krwią.
Wtedy lekarz przekonuje go, że z pewnością polecenie dotyczyło „całkowitego
wyzdrowienia". „Jeśli tak jest – odpowiada brat Gerard – w takim razie jestem
posłuszny." Całkowicie zdrowy wstał bez zwłoki, by powrócić do swych
obowiązków.
Pod koniec miesiąca choroba jednak ponownie go
zaatakowała, siejąc wielkie spustoszenie w organizmie. Brat Gerard nadal cierpi w swym
ciele mękę Chrystusa. Nadzwyczajny zapach napełnia jego celę do tego stopnia, że brat
pielęgniarz podejrzewa go o używanie jakichś pachnideł. Im bardziej cierpi, tym
bardziej intensywny staje się zapach.
15 października zapowiada, że umrze następnego dnia. O
północy prosi o wodę, ale nie ma już czasu, by ją wypić – odchodzi do niebieskiej
ojczyzny i do swego Mistrza.
Gerard Majella umarł mając zaledwie 29 lat. Kiedy o
poranku zakrystianin idzie na dzwonnicę, by powiadomić o jego śmierci, sznur
wyślizguje mu się z rąk: rozlega się radosne bicie dzwonów, jak w dni świąteczne,
ogłaszając światu, iż nowy święty narodził się dla nieba.
W roku 1893 beatyfikował go Leon XIII, a w roku 1904
kanonizowany został przez Piusa X.
Louis Couëtte
Artykuł pochodzi ze szwajcarskiego pisma religijnego: Stella Maris, XII 1996, nr 321, str. 23-26. Przekład za zgodą Wyd. du Parvis: E. B.; w: „Vox Domini" nr 7/98, str. 10-12
[powrót do wykazu BIOGRAFII] [powrót do strony głównej] [mapa całej witryny] [pełna oferta książek i kaset] [nowości]
[ostatnie zmiany] [pismo "Vox Domini"] [czytelnia
on line i nie tylko] [ewangelia na niedziele i
święta] [archiwum plików 'zip'] [nasze plany] [mirror site strony polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia 'Prawdziwe
Życie w Bogu'] [prawdy wiary Kościoła
Katolickiego] [ciekawe linki religijne w
różnych językach] [przeszukiwanie witryny
"Vox Domini"] [e-mail] [kilka słów o Wydawnictwie]