Błogosławiony o. Damian De Veuster (1840-1889)
Apostoł trędowatych
DZIECIŃSTWO
Józef De Veuster, ten, który później otrzyma w zakonie imię Damiana, urodził się w
rodzinie dość zamożnych flamandzkich rolników. Na początku ojciec, wraz z wujem i
jednym z jego braci, zajmowali się handlem pijawkami. W tamtej epoce służyły one często
podejmowanej terapii. W końcu zajęli się handlem ziarnem.
Rodzina żyła według starej chrześcijańskiej tradycji. Otwarta na miłosierdzie,
praktykująca tak, jak było to w tamtej epoce jeszcze stosowane: w niedzielę nie
zadowalano się Mszą św., lecz uczestniczono także w nieszporach i oczywiście
szanowano niedzielny spoczynek.
Co wieczór rodzina gromadziła się na modlitwie, odmawiając różaniec i często -
kiedy zajęcia na to pozwalały - czytając wspólnie o życiu świętych. Rodzina państwa
De Veuster żyła ze stałą świadomością Bożego spojrzenia spoczywającego na człowieku.
Wszyscy jej członkowie byli przekonani, że głównym celem życia człowieka jest
zbawienie duszy. Dzięki temu praktykowano religię - która była jeszcze nieco
naznaczona jansenizmem - zupełnie świadomie, uciekając się do sakramentów tak często,
jak to możliwe. Poza kultem Zbawiciela,szczególną czcią rodzina darzyła Dziewicę
Maryję i św. Józefa.
Dzieciństwo, które upłynęło w atmosferze głęboko chrześcijańskiej, a praktyki
religijne stanowiły drugą naturę, naznaczyło młodego Józefa na całe życie. Nic też
dziwnego w tym, że w tej rodzinie wiele było powołań.
Starsza siostra wstąpiła do Urszulanek w Tildonk, w odległości kilku kilometrów od
domu. Druga siostra płonęła chęcią podążenia za nią, lecz rodzice stanowczo się
temu sprzeciwili. Po kilku latach trzecia córka dołączyła do najstarszej. Z chłopcami
było tak samo. August, najstarszy brat Józefa wstąpił do Ojców Najświętszych Serc
Jezusa i Maryi w Louvain. Za nim podążył potem Józef.
GŁOS BOŻY
Józef, który ukończył naukę w wiejskiej szkole podstawowej, został przez rodziców
wysłany do Braine-le-Comte, do Walonii, żeby się uczyć francuskiego. Ale i on odczuł
głos Boga wzywający go do Jego służby. W tej epoce pensjonariusze szkoły spędzali święta
nie w rodzinach, lecz z kolegami. Z okazji Bożego Narodzenia 1858 roku pisze więc do
swych rodziców o Bożym wezwaniu, na które pragnąłby odpowiedzieć, lecz nie chce tego
uczynić bez ich zgody.
Józef ma wówczas 18 lat.
Cios był ciężki, zwłaszcza dla jego ojca, który miał nadzieję znaleźć w Józefie
następcę. Wobec przedstawionych mu przez syna argumentów i jego wielkiego
zdeterminowania przyjął to po chrześcijańsku. Widział w oświadczeniu chłopca wolę
Bożą wobec swego syna.
ZAKONNIK NAJŚWIĘTSZYCH SERC JEZUSA I MARYI
Z początkiem 1859 roku pan De Veuster zabrał ze sobą Józefa w
odwiedziny do Louvain, do Augusta. Mając do zrobienia zakupy w mieście zostawił braci
razem. Kiedy wrócił po młodszego syna, Józef wyjawił mu, że postanowił już więcej
nie wracać do domu. Ojciec, który przeczuwał taki rezultat ich wizyty w Louvain, wyraził
zgodę. Józef w wieku 18 lat został w Zgromadzeniu.
Przerwawszy naukę w gimnazjum, nie mógł marzyć zbyt wcześnie o kapłaństwie, nie mając
dostatecznego wykształcenia. Miał więc zostać bratem zakonnym w klasztorze w Louvain.
Ta perspektywa go nie zachwycała, lecz i to przyjął jako wolę Bożą.
2 lutego 1859 roku młody postulant otrzymał habit i imię brata Damiana, po czym rozpoczął
nowicjat. Dwaj bracia znaleźli się więc w tym samym klasztorze.
Brat Damian okazał się jednak bardzo uzdolniony. Nawet swego rodzonego brata zaskakiwał
łatwością, z jaką uczył się łaciny. Opanował ją do tego stopnia, że jego brat
nie potrafił powstrzymać się od powiedzenia o swym spostrzeżeniu przełożonym. Wtedy
zdecydowano się umożliwić mu święcenia kapłańskie.
MISJONARSKIE MARZENIA
Od swego powstania Zgromadzenie wysyłało misjonarzy za morza, na wyspy Pacyfiku. Ogarnięty
gorliwością misjonarską brat Damian miał również nadzieję znaleźć się w Oceanii.
Wszystkim rzucało się w oczy jego ogromne nabożeństwo do św. Franciszka Ksawerego, o
którego wstawiennictwo zabiegał, pragnąc zrealizowania swoich marzeń.
DECYZJA
7 października 1860 roku brat Damian złożył śluby wieczyste w Paryżu, w Kościele
Matki Bożej Pokoju, po czym wrócił do Louvain, aby kontynuować studia filozoficzne i
teologiczne. Jego brat, który otrzymał imię zakonne Pamfil, miał właśnie wyjechać
na misje na Hawaje. Jednak choroba spowodowała, że myślano już o odłożeniu wyjazdu.
Chociaż Damian nie ukończył jeszcze studiów, zaczął nalegać, aby mu pozwolono jechać
w miejsce brata. Ojciec Generał przyjął jego propozycję. Płonący zapałem
misjonarskim Damian pożegnał rodziców, wiedział bowiem, że już ich więcej nie ujrzy
na ziemi. 9 listopada 1863 roku z małą grupą misjonarzy wsiadł na pokład w
Bremerhaven. Do Honolulu dopłynęli 19 marca 1864 roku. W osiem dni po przybyciu,
wikariusz apostolski udzielił Damianowi święceń subdiakonatu. W trzy tygodnie potem -
diakonatu, a w miesiąc później 21 maja wyświęcił go na kapłana.
Odtąd brat Damian był więc ojcem - kapłanem i misjonarzem.
APOSTOŁ TRĘDOWATYCH
Dla ojca Damiana bycie misjonarzem oznaczało przede wszystkim niesienie Ewangelii tym
istotom, które nie znały jeszcze Boskiego Zbawiciela, aby mogły osiągnąć zbawienie
wieczne. Zaraz po święceniach został wysłany na wyspę Hawaje, gdzie przełożeni
powierzyli mu najpierw tereny na południu wyspy, a później na północy. Pozostał tu
przez dziewięć lat. W tym czasie wybudował skromnymi środkami liczne kapliczki.
Pewnego dnia w 1873 roku wikariusz apostolski poprosił o ochotników, którzy
odwiedzaliby co jakiś czas trędowatych na wyspie Molokai, w odległości 100 km od Hawajów.
Ze zwykłą wspaniałomyślnością zgłosił się - ojciec Damian. Jego kandydatura została
przyjęta.
To miłość bliźniego, a zwłaszcza miłość do najbiedniejszych pośród braci, popchnęła
naszego misjonarza do "poświęcenia się biednym trędowatym", jak sam napisał
do Prowincjała. Wyjechał od razu, aby pozostać z tymi, nad którymi opieka została mu
wtedy powierzona i którym się oddał bez granic. Wkrótce napisał list do rodziców, w
którym wyraził swą radość, że może wreszcie "służyć Panu w jego biednych,
chorych dzieciach, odrzuconych przez innych ludzi".
Na widok istot ludzkich, fizycznie tak upadłych, że wyłączono je ze społeczności (a
niektórzy byli tak zniekształceni, że strach było na nich patrzeć) serce ojca Damiana
topniało. Widział w każdym brata, dziecko Boże, które jak on otrzymało nieśmiertelną
duszę, odkupioną drogocenną Krwią Zbawiciela i której trzeba było pomóc w zbawieniu
wiecznym.
Na początku swej misji zamierzał się poświęcić jedynie zbawieniu dusz. Potem, za
przykładem swego Boskiego Ideału, nabrał przekonania, że powinien także uczynić
wszystko, aby przynieść ulgę ciałom tych biednych chorych, podobnie jak czynił Jezus,
kiedy żył na ziemi. Podjął więc starania, żeby jego podopieczni mogli się ubrać i
mieszkać bardziej przyzwoicie. Leczył ich jak umiał, posiadając zaledwie kilka
podstawowych leków.
Jego miłość ujawniała się we wszystkich dziedzinach: opiekował się sierotami,
otworzył sklep, w którym produkty wydawane były... za darmo, któż bowiem pośród
tych nędzarzy mógłby zapłacić? Trzeba było doprowadzić wodę pitną - to luksus, którego
jeszcze nie znano na wyspie. Trzeba było zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, które ulżyłyby
w życiu tym wyłączonym ze społeczności żyjących.
Całe to dobro, jakie ten ojciec misjonarz im przynosił, dowodziło trędowatym, że
nauczanie tego ojca było prawdziwe, że naprawdę istnieje ten Bóg, który ich kocha,
pomimo ich przerażającej nędzy.
Ojciec Damian ukochał tak bardzo owieczki, jakie Pan powierzył mu za pośrednictwem przełożonych,
że stale z nimi przebywał, dzieląc ich życie, a nawet posiłki. Zdawał się wręcz
zapominać, że trąd to choroba zaraźliwa, która choć czasem rozwijała się powoli,
to jednak w tamtej epoce była jeszcze nieuleczalna.
Początkowo miał przebywać na Molokai tylko jakiś czas. Potem zaś miał go zastąpić
jakiś "zmiennik" - jeden ze współbraci. Jednak... nie było tłoku wśród
zwolenników życia pośród trędowatych! Bardzo szybko ojciec Damian pojął, że
zostanie na swej wyspie trędowatych na zawsze. Przyjął to i ofiarował Bogu bez reszty
swe życie.
Długie chwile każdego dnia spędzał na modlitwie przed tabernakulum, czerpiąc z niego
siły do kształtowania siebie na wzór Chrystusa, za którym wkrótce miał podążyć na
Kalwarię.
STRASZLIWY WYROK
Rzeczywiście w roku 1884, czyli w jedenaście lat po swym przybyciu na Molokai, ojciec
Damian uświadomił sobie, że zaraził się straszną chorobą od swych przyjaciół. Miał
44 lata. Zauważył pewne, znane sobie dobrze, oznaki choroby. Przecież tak wiele razy
widywał je u swoich "parafian"! Kiedy objawy zaczęły się nasilać,
specjalista potwierdził przerażające podejrzenie: ojciec Damian jest zarażony trądem.
Misjonarz, doświadczony w obcowaniu z nieuleczalną chorobą, wiedział, co to oznacza:
stopniowe staczanie się, wyłączenie ze społeczności ludzi, szybka śmierć.
Powiedzenie, że straszliwa nowina nim nie wstrząsnęła, byłoby kłamstwem. Wystarczy
wspomnieć naszego Boskiego Zbawiciela w Getsemani, który błagał: "Ojcze, jeśli
to możliwe, oddal ode Mnie ten kielich..."! Ojciec Damian także doznał głębokiego
wstrząsu, jakim każdy z nas zareagowałby w takiej sytuacji.
Rzeczywiście szybko został wyłączony ze społeczności ludzi. Najpierw Prowincjał
potwierdził, że z powodu zarażenia nie wolno mu już nigdy opuścić wyspy. Przebywający
z nim współbrat - odszedł. Tak. Trędowaci są naprawdę wyrzuconymi przez ludzkość
śmieciami! Ojciec Damian miał więc zostać całkowicie sam.
A jednak...
Nie wiedząc o tym, ojciec Damian był znany bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Stało się tak dlatego, że nie było w tamtej epoce zbyt wielu chętnych do życia pośród
trędowatych. Cała prasa pisała więc o nim. O jego chorobie dowiedział się szybko cały
świat. Zaczęły napływać nie tylko dary, ale i chętni do udzielenia mu pomocy.
Solidarność - okazana nawet przez protestantów, podziwiających jego odwagę - pocieszała
go, umacniała, dodawała sił do wspięcia się na sam szczyt krzyżowej drogi. Jego życie
duchowe nabrało intensywności, a wraz z nim przyszła ufność w nieskończone miłosierdzie
Zbawiciela. Widział w swym trądzie "czynnik, jakim Opatrzność posługuje się,
aby go oderwać od wszelkich ziemskich przywiązań..."
KALWARIA: TRĘDOWATY WŚRÓD TRĘDOWATYCH
Ojciec Damian widział rozwój choroby u tak wielkiej liczby swych owieczek, że mógł śledzić,
nie myląc się, rozwój własnej choroby. Widział więc nadejście śmierci i pogodnie,
bez złudzeń, stawił jej czoła. W poniedziałek 15 kwietnia, w Wielkim Tygodniu roku
1889 wypowiedział ostatnie słowa: "Jak słodko jest umierać będąc dzieckiem Najświętszych
Serc". Potem odszedł połączyć się na Kalwarii z Tym, za którym dotąd szedł
wiernie. Miał 49 lat. Nikt nie miał wątpliwości, że u kresu tej drogi usłyszał słowa:
"Pójdź, sługo dobry i wierny, przyjmij koronę tobie przygotowaną. Wejdź do radości
twojego Pana."
Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł go do chwały ołtarzy, podczas wizyty w Belgii, w
ojczyźnie dzielnego i ofiarnego misjonarza.
Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi jest dziś obecne w ponad 40 krajach, na
pięciu kontynentach. Liczy 1300 braci i ojców oraz około 1000 sióstr zakonnych.
Louis Couëtte
Stella Maris, maj 1994, str. 1-3
Marino Parodi
OSTATNIE WSPOMNIENIE
Ojciec Emiliano Tardif
odszedł do domu Ojca
MOC BOGA
"Byłam kobietą z wyższych sfer społeczno-kulturalnych i posiadałam wszystko z
wyjątkiem... chęci do życia. Moje zdrowie powoli niszczało, a środku czułam się
pusta. W nic nie wierzyłam i miałam silne pokusy samobójcze. W takim to właśnie,
godnym pożałowania, stanie znajdowałam się, gdy jedna z przyjaciółek zaprosiła mnie
do udziału w spotkaniu członków Odnowy Charyzmatycznej. Przewodniczyć miał o. Tardif.
Choć nie wierzyłam w to zbytnio, uległam jej namowom.
Gdy się już tam znalazłam, zaczęłam obserwować osoby, ich zachowanie i wydarzenia.
Bawiły mnie te przejawy radości skierowanej ku Panu, wydając mi się zarazem mocno
przesadzone. A jednak powoli, nie zdając sobie z tego sprawy wchodziłam w ten klimat
ufności skierowanej ku Bogu. Widziałam, jak Pan - w czasie modlitwy o uzdrowienie -
przywrócił zdrowie siedmioletniej dziewczynce. A potem w pewnej chwili o. Tardif otrzymał
następujące proroctwo:
"Przyszedłem, aby dać ci szczęście. Ja jestem tym szczęściem. Ty jednak postawiłaś
pomiędzy nami barierę. Kocham cię i usunę wszystkie przeszkody, abyś mogła doświadczyć
miłości, której potrzebujesz."
Nagle zrozumiałam, że to przesłanie było dla mnie... I doznałam cudownego uwolnienia,
które wymazało także moje nadmierne poczucie winy. Zrozumiałam w jednej chwili, że jeśli
ktoś ma serce napełnione miłością Bożą, wszystko inne jest drugorzędne. Znalazłam
drogocenną perłę!
W kilka dni później udałam się do mojej lekarki. Po przebadaniu mnie zapytała z osłupieniem:
"Co się stało?" "Oddałam Panu moją chorobę i poprosiłam, żeby mnie
wyleczył". "To prawdziwy cud! To prawdziwy cud!" - stwierdziła lekarka.
Odkryłam tak, że istnieje taka medycyna, która leczy z wszelkich niedomagań:
duchowych, psychicznych, fizycznych. Dotąd byłam ślepa, zamknięta na miłość. Nie
chciałam nikogo słuchać. Oskarżałam sama siebie. Miłość Boga odmieniła radykalnie
moje życie. Bóg leczy także z braku nadziei i z braku chęci do życia. Dostąpiłam łaski
przeżycia tego doświadczenia osobiście, korzystając z cudownego Bożego działania."
prorok boga
Świadectwo tej kobiety ukazuje jedno spośród tysięcy uzdrowień otrzymanych dzięki
modlitwie i posłudze jednej z najbardziej znaczących postaci duchowości chrześcijańskiej
XX wieku: ojca Emiliano Tardifa, który w 1999 roku powrócił do Domu Ojca.
Od roku 1973, kiedy pewnego dnia został sam nagle uzdrowiony z gruźlicy płuc, dzięki
modlitwie grupy charyzmatycznej, jego życie doznało całkowitej przemiany. Rozpoczęła
się dla niego droga dojrzewania duchowego, które pozwoliło mu odkryć nadzwyczajne
charyzmaty. W końcu posługa ludziom stała się jego naturą. Zaskakując swą energią
i mocą działającego przez niego Ducha Świętego jeździł niestrudzenie po świecie,
dając świadectwo o tym, że Jezus żyje i cieszy się, działając pośród nas.
O tym, że tak jest w istocie, świadczyły wywołujące wielkie wrażenie nadzwyczajne łaski:
nawrócenia i uzdrowienia, do których dochodziło, gdy po Mszy św. ojciec Tardif modlił
się o uzdrowienie i uwolnienie. To był niezaprzeczalny dowód mocy Ducha Świętego działającego
przez niego i przyciągającego niezliczone tłumy.
9 czerwca 1999 roku podczas brania udziału w Kongresie w Nowym Jorku ojciec Tardif zasłabł,
umierając nagle, z pewnością na zawał serca. Miał 71 lat. Odwołano wszystkie
spotkania, zaplanowane nie tylko na ten rok, ale i na przyszły.
Ojciec Tardif był wielkim prorokiem w każdym znaczeniu tego słowa. Był nim w sensie
biblijnym, czyli był tym, który otrzymuje słowa Pana, żeby je przekazać ludowi. Był
nim w sensie potocznym, czyli był tym, któremu Bóg daje poznać - jeśli taka jest Jego
wola - przyszłe wydarzenia.
Przypomnijmy choćby to, że ojciec Tardif przepowiedział objawienia Maryjne w
Medziugorju nim się rozpoczęły (zob. Vox Domini nr 51, s.10).
Naturalność, z jaką ojciec Tardif głosił cuda Pana całemu światu, ujawniały jego
niezłomną energię. Miał w sobie poza tym cudowną siłę przyciągania; moc wiary i
radości, które odbijały się w jego słowach, w głosie i w całej jego osobie jak w
zwierciadle.
"Jest jedna rzecz, której Jezus nie może zrobić - mawiał - wejść do twego serca
wbrew twojej woli."
ofiarowac ludziom boga
Przyciągał niezliczone tłumy, lecz zachowywał zawsze umiejętność dotknięcia serca
pojedynczego człowieka. Jego nauczanie, jego przesłanie nie miało nic z powierzchowności.
Cieszył się darem typowym dla świętych, umiejąc każdego postawić naprzeciw żyjącego
Jezusa i przekazać mu żywą Ewangelię.
Było naturalne, że podczas Mszy św., po homilii, po Komunii św., ludzie oczekiwali na
cuda, które się zawsze zdarzały. Temu, kto poznał go osobiście trudno jest mówić o
nim bez ryzyka nadmiernego upiększania jego życia i dzieła. Czy jednak może być
inaczej w odniesieniu do człowieka, który potrafił w takim stopniu stać się narzędziem
w rękach Pana?
Dla niego życie, pogoda ducha, radość i modlitwa stanowiły jedność. Na pytanie
dziennikarza pragnącego wiedzieć, ile godzin dziennie spędza na modlitwie, odpowiedział:
"Tak naprawdę staram się przez jedną godzinę dziennie, rano, przebywać z Nim, a
dziękować Mu i wielbić Go przez cały dzień."
Jego poznanie serc, zdolność czytania w życiu mężczyzn i kobiet, nawet jeśli ich
wcześniej nie znał, były zdumiewające. Życie tych, których spotykał było przed nim
jak otwarta księga.
Inna cecha, która go zbliżała do świętych, a zwłaszcza do ojca Pio, to ta, że nie
znał granic między światem tu, na ziemi, a tym w górze. Pewnego dnia na włoskim
Kongresie Odnowy w Duchu, w Rimini, po modlitwach o uzdrowienie Pan dał mu poznać, że wśród
obecnych znajdowała się pewna kobieta 58-letnia, głęboko zraniona w swym sercu z
powodu śmierci syna. "Dziś - powiedział nagle ojciec Tardif - Jezus przychodzi
uleczyć twe serce i mówi ci: Ciesz się, bo twój syn jest ze Mną w wieczności. W
chwili śmierci okazał skruchę za swój grzech. A oto znak, jaki ci daję, żebyś
uwierzyła moim słowom. Silny ból głowy, jaki cię od dawna dręczy, zostaje ci
odebrany."
Wzruszona kobieta natychmiast dała świadectwo, że wszystko to było prawdą.
jego zycie
Urodzony w Quebec, jako dziewiąte z czternaściorga dzieci, Emiliano Tardif wstąpił do
Kongregacji Misjonarzy Najświętszego Serca. Mianowany przełożonym Prowincji w
Republice Dominikany angażował się przez wiele lat w walkę społeczną na rzecz
biednych wieśniaków. Założył spółdzielnię, szkołę rolniczą, był promotorem
planów rozwoju miast. Pracował bez wytchnienia aż nadwątliły się jego siły i
rozchorował się.
Po nagłym uzdrowieniu jego życie doznało radykalnej przemiany. Powierzona mu przez Pana
misja związana była z nieustannymi wyjazdami, podczas których służył innym
nadzwyczajnymi charyzmatami. Nie przeszkodziło mu to w założeniu w Santo Domingo, na
początku lat 80-tych, Domu Zwiastowania. Wkrótce stał się on jednym z najprężniejszych
centrów duchowego oddziaływania w świecie. U przybywających tu rozwinęły się potężne
charyzmaty.
Założywszy szkołę ewangelizacji imieniem Jana Pawła II ojciec Tardif tak o niej
powiedział: "To szkoła kerygmatyczna i charyzmatyczna. Kerygmatyczna, gdyż jest
chrystocentryczna, oparta o przesłanie przepowiadania Pięćdziesiątnicy. Charyzmatyczna
- gdyż metoda ewangelizacji w mocy Ducha dotyka serc i przemienia oblicze ziemi."
Ojciec Tardif stworzył poza tym z natchnienia czysto charyzmatycznego nowe zgromadzenie Sług
Jezusa Żyjącego. Poświęca się ono apostolstwu, modlitwie i ewangelizacji. Ojciec
Tardif zawsze czuł bliskość Nowej Pięćdziesiątnicy, choć "jesteśmy dopiero u
jej początków" - powtarzał.
ostatni etap
W czasie naszego ostatniego spotkania zapytałem go, dokąd doprowadzi go najbliższy
etap. Przypominając mi, że podróżował od dziesięcioleci, przez 9 miesięcy w roku,
stwierdził:
"Rozpocząłem już podróż powrotną ku ostatecznej ojczyźnie, Jeruzalem
niebieskiemu. Zdążam tam, gdzie nie ma już ani łez, ani walk, ani chorób, ani śmierci.
Co dnia czuję, że jestem bliżej tych otwartych drzwi do domu, w którym Jezus zachował
dla mnie miejsce pośród zbawionych.
Przez całe moje życie, szczególnie w tych ostatnich latach byłem świadkiem dzieł miłości
i miłosierdzia naszego Boga. Skoro Pan jest tak wielki w Swoich dziełach spróbujmy
sobie wyobrazić, jakie będzie spotkanie z Nim twarzą w twarz. Skoro promienie Jego miłosierdzia
jaśnieją takim blaskiem, jaki będzie On sam - słońce miłości? Jeśli wiara umożliwia
nam dostrzeżenie już rysów Boga, jakimże będzie On ukazując się nam w wiecznej
wizji?"
Bądźmy pewni, że ojciec Emiliano Tardif nadal kontynuuje swą misję wobec nas z Nieba,
w którym teraz mieszka.
Marino Parodi
Stella Maris nr 351, str. 19-20
Przekład z franc.
za zgodą Ed. du Parvis: E. B.
[powrót do strony
głównej] [mapa całej witryny] [pełna oferta książek i kaset] [nowości] [ostatnie
zmiany] [pismo "Vox Domini"] [czytelnia on line i nie tylko] [ewangelia na niedziele i święta] [archiwum plików 'zip'] [nasze plany] [mirror site
strony polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia 'Prawdziwe Życie w Bogu'] [prawdy wiary Kościoła Katolickiego] [ciekawe linki religijne w różnych językach] [przeszukiwanie witryny "Vox Domini"]
[e-mail] [kilka słów o Wydawnictwie]