Wywiad przeprowadzony przez dr Nielsa Christiana Hvidta

Vassula mówi o rozeznawaniu i prorokowaniu (1)

Jak można osądzić autentyczność proroctwa?

Wywiad przeprowadzony z Vassulą przez Nielsa Christiana Hvidta bada zarówno tę sprawę, jak i obawy oraz wątpliwości, jakie prorocy mogą mieć sami w związku z własnym doświadczeniem.

Święty Paweł umieszcza proroków na drugim miejscu w hierarchii charyzmatów, zaraz po apostołach i w istocie święci i mistycy wyposażeni w charyzmat prorocki odgrywali bardzo ważną rolę w historii Kościoła, podtrzymując ufność w Chrystusa żyjącego. Jednak prawdziwe proroctwo zawsze było kwestionowane z powodu tego, że pojawiało się jego zwodnicze przeciwieństwo, które z nim współzawodniczyło. Do tego stopnia, że fałszywe proroctwo może być słusznie nazywane piętą Achillesową charyzmatu prorockiego. Jednakże zważywszy wagę autentycznego proroctwa niebezpieczeństwo, jakie ukazuje jego przeciwieństwo nigdy nie powinno prowadzić chrześcijan do unikania głosu Boga. Gdyby fałszywe proroctwa prowadziły chrześcijan do odrzucenia możliwości owocnego dla Kościoła prawdziwego prorokowania, wtedy ojciec kłamstwa odniósłby wielkie zwycięstwo. Lecz przeciwnie, niebezpieczeństwo fałszywego prorokowania powinno prowadzić chrześcijan do zwrócenia większej uwagi na środki „badania duchów, aby dociec, czy pochodzą od Boga” (por. 1 J 4,1) po to, aby odrzucić fałszywe proroctwa, a z wdzięcznością przytrzymać autentyczne charyzmaty, poprzez które Duch Święty nigdy nie przestał budować i wzmacniać Kościoła. To właśnie usiłuje ukazać ten artykuł.

Zwykle badania autentyczności proroctwa bazują na odpowiedzialności Kościoła za osądzanie proroków. W wywiadzie tym przedstawione są kryteria rozeznawania proroctwa jak i osądów wierzących, którzy są odpowiedzialni za to, aby się zastanowić, modlić, rozeznawać dla samych siebie, czy to lub tamto proroctwo jest prawdziwe lub nie. Kościół bowiem nie zajmowałby się osądem jakiegoś prorockiego przesłania, gdyby w nie nikt wcześniej nie uwierzył.

Jednak często ignoruje się to, że pierwszą osobą, która musi dokonać osądu autentyczności doświadczenia „prorockiego” jest sam prorok. Większość biblijnych proroków wątpiła w swe własne doświadczenia, a wątpliwości te pochodziły często z ogromu zadania, jakie według ich osądu przekraczało ich siły lub ich godność.

Na przykład, kiedy Bóg zbliżył się do niego, prorok Jeremiasz powiedział: „Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!” (Jr 1,6).

Tak samo prorok Izajasz zapłacze, kiedy Pan ukaże się w całej swej mocy: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów!” (Iz 6,5). Jak Izajasz, do którego Jahwe wysłał serafina, aby mu oczyścił wargi, tak prorocy potrzebują pomocy Boga, aby ich przekonać, że są przez Niego wzywani i aby dać im siłę do przyjęcia tego wezwania.

Tak więc zważywszy słabość ludzką nigdy prorok nie może przeżywać swego charyzmatu prorockiego bez daru rozeznawania, który zapewnia mu konieczne wsparcie dla dobrego wypełnienia jego zadania. Jak prorok mógłby iść naprzód, aby mówić w imię Pana, gdyby nie był przekonany o autentyczności swego doświadczenia i nie udawałoby mu się rozeznać pomiędzy różnymi rodzajami doświadczeń? Nie powinniśmy więc być zaskoczeni, że Biblia ukazuje nam zawsze prorokowanie jako połączone z darem rozeznania.

David Edward Aune, który w swej książce „Prophecy in Early Christianity” dokonał tego, co wielu uznaje za najlepsze studium egzegetyczne o proroctwie w Nowym Testamencie, zdefiniował relację pomiędzy proroctwem a rozeznawaniem jako „dwoma darami Ducha”. Są ontologicznie związane i zwykle współpracują harmonijnie w autentycznym prorockim wezwaniu. Doszedł do tej konkluzji po drobiazgowej analizie różnych fragmentów listów św. Pawła, które mówią o prorokowaniu – szczególnie w pierwszym rozdziale listu św. Pawła do Koryntian – i zakończył słowami:

„Ścisła relacja pomiędzy proroctwem i oceną prorockich słów w 1 Kor 14,29 wskazuje, że jest odniesienie między darem prorokowania a darem rozeznawania duchów, jak jest pomiędzy darem języków a darem wyjaśniania języków (zob. 1 Kor 12,10)”.

Zważywszy tę żywotną relację w Piśmie pomiędzy tymi dwoma charyzmatami prorokowania i rozeznania myślę, że warto było poszukać osoby współcześnie żyjącej, posiadającej doświadczenie prorokowania i zgodzi się o tym porozmawiać. Poprosiłem więc panią Vassulę Ryden o wywiad, jakiego zechciała mi udzielić w swoim domu, w Rzymie.

Oto pierwsza część tej rozmowy.

NCH: Vassulo, ukazuje się jasno czytelnikom pani przesłań, że na początku powołania miała pani liczne wątpliwości. Czy możemy o nich coś usłyszeć?

V: Tak. Musi pan wziąć pod uwagę, jaka była moja sytuacja: nie wiedziałam kompletnie nic o Bożych charyzmatach. Oczywiście, kiedy usłyszałam to wezwanie wiedziałam, że coś się dzieje, bo miewałam wizje, jakiś głos mówił we mnie, odczuwałam radość z Bożej obecności. Naprawdę coś się działo!

A jednak w całkowitej ignorancji, w jakiej się wtedy znajdowałam, było mi bardzo trudno uświadomić sobie, że to naprawdę Stwórca do mnie mówił, tak było to wstrząsające. Było dla mnie więcej niż zaskakujące to, że Bóg może dawać wewnętrzne pouczenia takiemu zwykłemu stworzeniu jak ja, które nawet nigdy nie słyszało, że to jest możliwe. Oto przyczyna wątpliwości, które dręczyły mnie, bo nie miałam nikogo, komu mogłabym się zwierzyć z tego, co mi się zdarzyło.

NCH: Zatem sam charyzmat był dla pani przyczyną wątpliwości?

V: Gdybym wiedziała, że Bóg udziela charyzmatów, być może nie miałabym tak silnych wątpliwości. Może wtedy powiedziałabym sobie: „Cóż, może Bóg do mnie mówi? Muszę wierzyć, że Bóg do mnie mówi!”

Proszę mi pozwolić na przytoczenie następującego przykładu:

Siedzimy sobie tutaj w kuchni. Wiemy, że jest popołudnie, świeci słońce, jak można to ujrzeć przez okna. A jednak, jeśli poszedłby pan wgłąb domu, tam, gdzie nie ma okien, mógłby pan zwątpić w to, że słońce świeci, bo nie mógłby pan go rzeczywiście oglądać.

Dla mnie było jasne, że Bóg do mnie mówi, jednak nie miałam żadnego dowodu solidnego, konkretnego, fizycznego. Wszystko toczyło się w moim wnętrzu i musiałam to przyjąć. Potężna obecność Boga daje pokój i sprawia, że serce śpiewa z radości. Były też doświadczenia mistyczne, takie jak fakt, że moja ręka była czasem „ujmowana”.

Później przeczytałam u świętej Teresy z Avila, że to nazywa się „zachwyceniem” jakiejś części ciała. Święta Teresa mówi, że Bóg może „zachwycić” całe ciało lub jakąś jego część. Teraz powiedziałabym, że moja ręka była „zachwycona” i prowadzona do pisania w inny sposób. Dowiedziałam się o tym o wiele później, kiedy chciałam zrozumieć to, co się ze mną dzieje.

Nigdy nie kładłam po prostu ręki na kartce papieru, jak oskarżają mnie niektóre osoby, aby zaczęła się poruszać bez mojej wiedzy o tym, co się działo.

To oskarżenie jest fałszywe i odnosi się to tego, co się określa jako „pismo automatyczne”. To nie było i nadal nie jest pismo automatyczne. Słyszałam głos i czasem zapisywałam dopiero na drugi dzień to, co usłyszałam w poprzednim dniu. Wtedy moja ręka ulegała „zachwyceniu”.

NCH: I uważa Pani, że to jest najbardziej znacząca różnica w stosunku do pisma automatycznego?

V: Tak.

NCH: Chciałbym nieco więcej porozmawiać o przyczynach pani wątpliwości. Wspomniała pani o swojej niewiedzy co do tego, że inne osoby posiadały dar takiego wewnętrznego słyszenia. Gdyby pani o tym wiedziała, czy łatwiej byłoby powiedzieć: „Jestem tylko jedną pośród wielu innych” i odrzuciłaby pani to doświadczenie?

V: Naprawdę nie wiem, jakbym zareagowała. Jak często mawiam, wtedy nie modliłam się, nie żyłam w bliskości Boga, wcale Boga nie znałam. Gdybym wiedziała, że Bóg udziela daru wewnętrznego słyszenia dla korzyści danej osoby i dla korzyści Kościoła – co zwykle idzie w parze – być może wątpiłabym jeszcze bardziej. Pytałabym siebie: „Dlaczego Bóg zwrócił się do takiej osoby jak ja?” Mogłabym Go wtedy odrzucić. Jestem bardzo sceptyczna i bardzo surowa wobec samej siebie i ogromnie się boję, żebym nie została zwiedziona.

NCH: Kiedy wątpliwości naprawdę się zaczęły?

V: Wątpliwości nie zaczęły się ani pierwszego, ani drugiego dnia, ani nawet trzeciego, gdyż wydaje mi się, że otrzymałam łaskę, aby po prostu z radością przyjąć to, co mi się zdarzyło! Jak to opisałam we wstępie do orędzi anioła, dosłownie fruwałam po mieszkaniu, oczekując na godzinę powrotu męża z pracy, aby z nim podzielić moją radość. I on także uwierzył. Mogę jedynie powiedzieć, że łaska pracowała tu z całą mocą. Mój mąż jest luteraninem i, podobnie jak ja, wcale nie chodził do kościoła, a zarówno on jak i ja uwierzyliśmy jak dzieci. To stało się tak po prostu i przez około trzy miesiące nie miałam żadnych wątpliwości.

NCH: A dzieci? Czy wiedziały, że nie była pani „szalona”?

V: Oczywiście. One też uwierzyły. W pewnym sensie dziwiliśmy się, dlaczego to się zdarzyło, gdyż to nie było jasne. Jednak to było po prostu tak, jakby się niebo otwarło i anioł, Ojciec, Jezus zostali po prostu przyjęci do naszej rodziny.

Moje pierwsze wątpliwości, straszliwe wątpliwości zaczęły się, kiedy poszłam do kościoła, naprzeciw naszego domu, w Bangladeszu, gdzie mieszkałam, i kiedy zwierzyłam się najpierw jednemu kapłanowi, a potem drugiemu. Wtedy ziarno wątpliwości wykiełkowało we mnie. Od tego dnia zaczęło się dla mnie <piekło>.

NCH: Czy to było oczyszczenie?

V: To było straszne. Przypominam sobie, że tak to komuś opisałam: To było tak, jakbym była dzieckiem, opuszczonym, trzyletnim, pozostawionym w ogrodzie pełnym jagód, owoców i grzybów. I dziecko jadło to wszystko przez około trzy miesiące, delektując się. Potem ktoś podchodzi, ktoś dorosły i mówi do dziecka: „Hola! Wszystko to jadłeś? Przez trzy miesiące! No, dobrze, trzeba było uważać! Może trafiłeś na zatrutego grzyba albo jagodę? Teraz umrzesz!” Co się wtedy dzieje? Dziecko jest przerażone do tego stopnia, że nie wie już, co ma robić i nie ośmiela się już zerwać ani jednej jagody.

To samo stało się ze mną po spotkaniu z kapłanem. On mnie całkowicie zbił z tropu, mówiąc mi, że mogłam cierpieć na schizofrenię. Wiedziałam, że nie mam schizofrenii, bo znam siebie i wiem, że nie jestem szalona, ale bałam się, że to być może szatan chce mnie wprowadzić w błąd. Byłam całkowicie zagubiona. Myślałam tylko, że przecież gdyby to był szatan, nie mógłby mnie prowadzić do kochania Boga.

Na to także kapłan miał gotową odpowiedź: „Tak, szatan chce wlać w panią przekonanie, że pani kocha Boga, a nieco później pokaże swe pazury.” To jednak także nie miało dla mnie żadnego sensu. Ten charyzmat zapewniał mi radość i prowadził coraz bliżej do Jezusa. Moje życie całkowicie się zmieniło. Zmieniło się już w czasie tych pierwszych trzech miesięcy. Zapragnęłam iść do kościoła. Chciałam czytać Pismo Święte. Jak to możliwe, że szatan nakłania do tego? A jednak wątpliwości zajmowały coraz więcej miejsca, gdyż – jak wspomniałam – nie posiadałam żadnej wiedzy.

Było dwóch kapłanów: ojciec Karl i ojciec James. Oskarżenie ojca Karla o to, że byłam schizofreniczką tak bardzo mnie nie niepokoiło. Byłam smutna, gdyż myślałam – w mojej ignorancji – że w końcu znajdę gdzieś kogoś, kto znając się na takich charyzmatach zrozumie mnie. To było naturalne, że nie uwierzył natychmiast, ale byłam wstrząśnięta tym, że powiedział mi po prostu, że jestem wariatką! Jednakże wiedziałam, że on w końcu uzna, że to nieprawda. Tak też się stało i zostaliśmy przyjaciółmi.

NCH: Zatem nigdy nie przyjęła pani tezy, że to wszystko toczy się tylko w pani umyśle?

V: Nie. Wiedziałam, że to nie może być wymysł mojego umysłu. Później powiem dlaczego. Nawet ojciec Karl w końcu zaczął myśleć, że to może być charyzmat i powiedział mi: „Prawdopodobnie Bóg panią wezwał”. Potem spojrzał na mnie ze smutkiem i powiedział: „Żal mi pani. Naprawdę bardzo mi pani żal! Bóg bowiem o coś panią poprosi.” Pamiętam to. Powiedział: „Bóg powróci, aby o coś poprosić. On nigdy nie udziela daru bez powodu”. To też mnie przeraziło.

NCH: Jednak to był odmienny lęk!

V: Tak. To choć odrobinę potwierdza, że moje doświadczenie z Bogiem było nadprzyrodzone. Sądzę, że drugi kapłan, który mnie wcale nie znał, na początku osądził mnie po moim wyglądzie. Nazwał mnie jazzy-looking, co oznaczało, że jestem ubrana elegancko i współcześnie, a zatem nie mógł do mnie mówić Bóg, lecz był to raczej szatan. Wymieniliśmy kilka listów, powiedziałabym, że była to raczej kłótnia.

NCH: Wtedy pani największą obawą było to, czy ten charyzmat nie pochodzi od szatana? Nigdy się pani nie obawiała, że to pochodzi od podświadomości, bo miała pani powody, aby tej hipotezy nie przyjmować, ale bała się pani, że źródłem wszystkiego jest demon?

V: Największe obawy przekazał mi kapłan! Bałam się, że to szatan, ale natychmiast pytałam sama siebie: „Jak to możliwe? Szatan prowadzi mnie do Boga?” Na szczęście Bóg wiedząc, co się działo, również uczestniczył w tej walce. Bóg Ojciec powracał co jakiś czas, mówiąc: „Czy to może być od demona? Kto cię nauczył Mnie kochać? Czyż nie Ja? Kto cię doprowadził do czytania Pisma? Czyż nie Ja?” W ten sposób Ojciec próbował mnie doprowadzić do zdrowego rozsądku, w sposób bardzo łagodny. Znowu byłam więc spokojna i pewna, ale to wszystko nie było łatwe.

W pewnej chwili drugi kapłan powiedział mi: „Trzeba absolutnie odrzucić ten głos, tego ducha, kimkolwiek jest i do pani przychodzi. Proszę mu powiedzieć, żeby odszedł nawet jeśli twierdzi, że jest Jezusem.” Nie chciałam mu mówić: „Dobrze, zrobię tak”. Chociaż miałam zamiar iść za jego radą, to jednak nie odpowiedziałam mu głośno, tylko sama sobie powiedziałam: „Dobrze, zrobię to i zobaczę, co się będzie działo.”

NCH: Poszła pani za radą kapłana?

V: Tak. I kiedy Jezus przychodził mówiłam: „Odejdź” albo po prostu nie odpowiadałam mu. Przeganiałam Jezusa przez niemal trzy miesiące, aż do chwili, w której zainterweniował anioł. Powiedziałam mu: „No, dobrze! Dlaczego jednak Bóg mówiłby do takiej osoby jak ja?” Darzyłam anioła taką przyjaźnią, że wiedziałam, że mogę z nim rozmawiać.

Anioł przekazywał mi słowa Jezusa, mówiąc: „Jezus powiedział mi, żebym ci powiedział...” i tak dalej. To oczywiście mogłam przyjąć. Nagle po trzech miesiącach zwrócił się do mnie Jezus w trzech lub czterech słowach. Usłyszałam Go i zapytałam anioła: „Czy naprawdę mam to zapisać?” Mój anioł odpowiedział: „Tak! To jest Pan! Przyjmij to, co On ci mówi!”. W ten sposób, ponieważ było to całkiem słuszne, przyjęłam to.

NCH: Czy myśli pani, że sam Bóg pomagał jej zdobyć zdolność rozeznawania?

V: Całkiem na początku sam Bóg powiedział mi: „Ja cię nauczę rozeznawać. To jest ważne dla twojej misji. To jest dar i nauczę cię go.” Z tej przyczyny anioł powiedział mi pewnego dnia: „Vassulo, abyś ujrzała różnicę w twojej duszy pomiędzy obecnością Boga i obecnością demona, dokładnie w tej chwili, kiedy ci o tym mówię, otworzę bramy, abyś odczuła obecność szatana.”

To było tak, jakby podniosło się wieko z piekła. Dokładnie w tym momencie miałam wrażenie, jakby mój kręgosłup został zamrożony! I przez ułamek sekundy odczułam lęk, straszliwy lęk. To nie było jak lęk przed czymś, co jest na ziemi, lecz straszliwy strach, nieziemski, przed obecnością zła. To trwało 2 może 3 sekundy, a potem anioł zamknął te bramy. I natychmiast odczułam pokój. Mój anioł zapytał: „Odczułaś różnicę?” „Tak – odpowiedziałam – jest ogromna różnica.”

NCH: Na początku, o ile wiem, doświadczała pani ataków demona. Zdarzało się nawet, że wkraczał w czasie pisania?

V: Tak.

NCH: Czy myśli pani, że Bóg miał powód, aby pozwolić na te ataki, czy też zdarzały się one bez przyczyny?

V: Nie, nie. Bóg pozwalał na to i myślę, że to było dla mojego oczyszczenia i rozeznawania. Demon nigdy nie dał przesłania dobrego i stosownego. Czasem mogło się wydawać dobre, ale on zawsze się pod nim „podpisywał”. Nie chcę przez to powiedzieć, że podpisywał się własnym imieniem, ale nie potrafił się pohamować przed zostawieniem jakiegoś małego śladu, który go ujawniał. Wtedy mogłam sobie zdać sprawę, że to on i to bardzo szybko. Mówi trzy, cztery słowa, ale przy piątym już wiadomo, że to jest demon.

Nigdy nie wpadałam w panikę, kiedy go odkrywałam, mówiłam tylko: „No, proszę, to znowu on próbuje mnie zwieść”. Kiedy się orientowałam, że to on, wtedy mnie znieważał i znikał. To stało się wiele razy. Jezus na to pozwalał. Mówił mi: „Pozwalam na to, aby ludzie zrozumieli, że demon istnieje. Pozwalam nawet na to, aby usłyszano jego słowa.” Jezus chce więc w ten sposób ukazać, że demon istnieje. Pan mówił często, że ostatnia zasadzka demona polega na przekonywaniu ludzi o tym, że on już nie istnieje.

NCH: Zatem myśli pani, że czasem była wystawiona na spotkania z szatanem dla własnego oczyszczenia, ale również po to, aby się nauczyć rozeznawania, czyli poznawać różnicę pomiędzy Jezusem a szatanem? Myślę, że lepiej się pani dowiedziała, jaki jest Bóg, poznając jego przeciwnika i zapragnęła pani jeszcze bardziej Chrystusa oraz tego, co sprawiedliwe.

V: Tak. Tak wielka była różnica. Jezus na to pozwala, aby ludzie pojęli, że szatan istnieje naprawdę i że nie jest tylko mitem. Wielu myśli, że piekło nie istnieje. Cóż za głupota! To, czego Kościół zawsze nauczał, jest prawdą: piekło istnieje. To rzeczywistość. Szatan jest bytem, duchem, demony są upadłymi aniołami.

NCH: To potwierdza nauczanie Kościoła i to, co napisał C. S. Lewis: „Największy podstęp demona to sprawić, żeby ludzie uwierzyli, że on nie istnieje”! A jak pani opisałaby dar rozeznawania?

V: Nie wystarczy stwierdzić, że Jezus nauczył mnie rozeznawać przez kilka doświadczeń. Bóg dał mi dar rozeznawania. To prawdziwy dar, gdyż Bóg otwiera rozum, umysł, aby wlać dar rozeznawania. To dar bardzo czuły. Dzięki niemu już po przeczytaniu kilku słów można powiedzieć, czy to lub tamto orędzie pochodzi od Boga czy też nie. Jest zawsze coś, co o tym mówi. (c.d.n.)

 (CZĘŚĆ DRUGA)


[powrót do strony głównej] [mapa całej witryny] [pełna oferta książek i kaset] [nowości] [ostatnie zmiany] [pismo "Vox Domini"] [czytelnia on line i nie tylko] [ewangelia na niedziele i święta] [archiwum plików 'zip'] [nasze plany] [mirror site strony polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia 'Prawdziwe Życie w Bogu'] [prawdy wiary Kościoła Katolickiego] [ciekawe linki religijne w różnych językach] [przeszukiwanie witryny "Vox Domini"] [e-mail] [kilka słów o Wydawnictwie]