Kilkakrotnie na łamach naszego pisma wspominaliśmy o Całunie Turyńskim, zwanym nierzadko w innych językach po prostu ‘Świętym Całunem’. Nazwa ta wydaje się bardziej adekwatna, jeśli weźmie się pod uwagę wypowiedzi Papieża Jana Pawła II (nr 44), które wskazują nam na ten całun jako na relikwię Męki Zbawiciela oraz coraz odważniejsze wypowiedzi naukowców jednoznacznie stwierdzających, iż niezwykła tkanina przechowywana w Turynie jest pogrzebowym całunem Chrystusa. W ostatnich dniach dzielących nas od rozważania w sposób szczególny Męki Chrystusa pragniemy spojrzeć raz jeszcze na Całun przytaczając opinię lekarza-badacza Całunu, Stanisława Waliszewskiego, autora książki zatytułowanej „Całun Turyński dzisiaj”.

Święty Całun: ŚWIADEK MĘKI JEZUSA CHRYSTUSA

Chrystusowa Męka dla naszego odkupienia i jej kolejne etapy zostały opisane w Ewangelii. Obrazy te stają przed nami co roku, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, kiedy Kościół przypomina nam, co Jezus wycierpiał za każdego z nas, aby nam otworzyć bramy Nieba. St. Waliszewski w badaniach nad Całunem starał się odtworzyć kolejne etapy cierpień Zbawiciela, szukając ich śladów na ocalałej tkaninie, odkrywając równocześnie dowody niezwykłego okrucieństwa z jakim zadano śmierć Chrystusowi. 

KRWAWY POT W OGRÓJCU

Czy zjawisko krwawego potu jest przenośnią czy rzeczywistością? Oto jak wspomniany autor tłumaczy słowa św. Łukasza (22,44) opisującego udrękę duchową Jezusa w Getsemani i jak je komentuje, przytaczając opinię prof. Sebastiano Rodante: 
«„A tocząc straszliwy bój wewnętrzny, tym usilniej się modlił. I stał się pot Jego jako gęste, krwawe krople, wolno spływające na ziemię...” (...) „Krwawy pot jest zjawiskiem, które my, lekarze współcześni, możemy lepiej zrozumieć, aniżeli koledzy dawnych czasów, zwłaszcza jeśli myślimy o wszelkich skutkach stresowych duchowej udręki. Zagadnienie stresu jest bowiem sprawą psychosomatyczną, gdyż w niej wszelkie urazy psychiczne mogą się przekształcać w fizyczne lub w nich się objawiać. Zaś dogłębna i wstrząsająca walka wewnętrzna, którą przeżył Jezus w Getsemani, jest z całą pewnością takim zjawiskiem, wywołującym tak zwany wstrząs histaminowy. Jak wiadomo, powoduje on zwiększenie przepuszczalności śródbłonka naczyń włosowatych, gęsto przecież oplatających odprowadzające przewody gruczołów potowych, co z kolei sprzyja tak zwanym wybuchom potowym. To wszystko daje prawo do naukowego uzasadnienia tego rzadkiego, lecz możliwego zjawiska – krwawego potu”.
Występujące w odstępach nagłe odpływy krwi obwodowej do wielkich naczyń jamy brzusznej musiały z kolei wywołać stan bliski omdlenia: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Jednak nie moja wola, ale Twoja niech się stanie”. „Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i umacniał Go” (Łk 22,42.43). I oto Jezus znów powracał do równowagi duchowej, a masy krwi parły całą mocą przyspieszonej akcji serca na obwód ciała, powodując „tłok” krwinek w naczyniach włosowatych i kolejne ich przechodzenie do światła gruczołów potowych.
Jezus, widząc morze niezgłębionego zła wszystkich czasów, a także czując rzeczywistą trwogę i lęk przed czekającą Go kaźnią, której każdy szczegół przewidywał – pocił się krwawym potem, a stan stresowy pogłębiał się, powtarzając się wielokrotnie!
Wybuchy potowe znane są w medycznej praktyce, zwłaszcza u ludzi młodych, umierających „trudną śmiercią”, to jest o przedłużonym procesie konania. W pocie takich ludzi można laboratoryjnie znaleźć zwiększoną ilość czerwonych ciałek krwi, wyraźnie większą niż u umierających „normalnie”, zwłaszcza w podeszłym wieku.
I rzecz bardzo istotna: te ogromne masy czerwonych ciałek krwi, znajdujących się od początku konania w Ogrójcu na obwodzie ciała, w tkance podskórnej i w skórze właściwej, w świetle naczyń włosowatych i gruczołów potowych – stały się w efekcie rozległym sensybilatorem (uczulaczem) wszelkich, nawet najdrobniejszych urazów fizycznych w tak niedalekiej już przecież kaźni Jezusa. Ten niezaprzeczalny fakt mógł wpłynąć w dużym stopniu na możliwość powstania negatywowych odbić na Całunie turyńskim.»

OPLWANIE I POLICZKOWANIE

Czy Całun zawiera ślady oplwania i policzkowania, opisanego przez Ewangelistów? Autor książki, wychodząc ponownie od cytatu z Pisma Świętego (Mt 26,67), przedstawia następującą ocenę tego faktu: 
«„Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go”... 
Od chwili pojmania i wypowiedzenia słów: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” (Łk 22,53) i „Czyż nie mam pić kielicha, który mi podał Ojciec” (J 18, 11) Chrystus Pan był bardzo często bity po twarzy. 
Najhaniebniejszym sposobem poniżenia człowieka u Żydów było bicie pięściami twarzy, z jednoczesnym pluciem w nią. Bito, stojąc naprzeciwko skazanego, prawą ręką zwiniętą w kułak. A bito zawsze z rozmachem: od strony lewej ku prawej, wskutek czego ogromna większość razów spadała na prawą stronę twarzy. Można to stwierdzić patrząc na całunowe oblicze Jezusa. Niewątpliwie najboleśniejszym był policzek wymierzony Jezusowi przez sługę arcykapłana w sytuacji opisanej u św. Jana (18,19-23). Otóż policzek ten wyjątkowo nie był zadany zwykłym sposobem, wyżej opisanym. „Jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: Tak odpowiadasz arcykapłanowi?”. W oryginale greckim jest napisane edoken rapisma – co oznacza także silny uraz narzędziem tępokrawędzistym lub kijem. A Jezus po otrzymaniu takiego uderzenia zawołał: „Czemu mnie bijesz?”. Użyte wyrażenie greckie: ti me dereis? i łacińskie: guid me caedis? oznacza zadanie rany, przecięcie skóry.
A co na to Całun? Po prawej stronie oblicza Jezusowego widać długą, dosyć szeroką ranę, rozpoczynającą się na grzbiecie nosa i oddzielającą część chrzęstną nosa od obu kości nosowych, które nie są złamane... Rana powyższa przechodzi w prawy fałd nosowopoliczkowy, wywołując ogromne podbiegnięcie krwawe okolicznych tkanek miękkich. Z punktu widzenia medycyny sądowej tylko taki policzek mógł wywołać opisany skutek.
A inne obrażenia Najświętszego Oblicza? Na czole trzy ogromne otarcia naskórka, aż do skóry właściwej włącznie. Być może należy je przypisać upadkom podczas drogi krzyżowej. Łuki nadbrwiowe, podbiegnięte krwawo, wykazują dodatkowo powierzchniowe rany miażdżone. Ogromne krwiaki w okolicy obu oczodołów, przede wszystkim po prawej stronie, tak że szpara powiekowa zupełnie zanikła. Okolica kości jarzmowej wykazuje ogromny obrzęk i podbiegnięcie krwawe z otarciem naskórka. U podnóża prawego skrzydełka nosa niewielka trójkątna rana. Prawy kącik ust, zraniony, wykazuje wyciek wydzieliny krwistej, prawdopodobnie śliny zmieszanej z krwią. Po tej samej stronie wąs jest częściowo wyrwany, podobnie jak prawa połowa brody. Broda w znaczeniu anatomicznym, to jest najbardziej wystająca część żuchwy, wykazuje silne stłuczenie. Większość więc tych okrutnych obrażeń, zadanych pięścią, dotyczy prawej połowy Oblicza z całunu. Natomiast lewa strona wykazuje znacznie mniej opisanych urazów. Nie jest jednak od nich wolna...»

BICZOWANIE

Ukrzyżowanie Jezusa poprzedziło biczowanie. Badacze Całunu są zgodni, że najliczniejsze, charakterystyczne ślady ran to te pochodzące z biczowania. Oto, co na to Całun, poddany badaniu przez St. Waliszewskiego:
«„Wówczas Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować” (J 19, 1). „Poorali mój grzbiet oracze, wyżłobili długie bruzdy” (Ps 129,3).
W czasach Jezusa każdy wyrok skazujący na śmierć musiał być zatwierdzony przez namiestnika Judei, w tym wypadku przez Poncjusza Piłata, przeto i Jezus został zaprowadzony przed Piłata w piątek wczesnym rankiem (Mt 27,1-2; Mk 15,1; J 18,28). Piłat z kilku powodów starał się Jezusa obronić. Odesłał Go nawet do Heroda, tetrarchy Galilei, aby nie mieć z Nim kłopotu (Łk 23,7), jednak na próżno. Chcąc uspokoić podburzony tłum, Piłat rozkazał Jezusa ubiczować. Nie uspokoiło to jednak rozwydrzonego tłumu, a gdy niedwuznacznie zagrożono mu donosem do Tyberiusza: „poza Cezarem nie mamy króla” (J 19,15), umył ręce i „wydał Go im, aby Go ukrzyżowano” (J 19, 16)...
Czym było biczowanie w rzymskim prawie? Biczowanie było karą dodatkową do kary ukrzyżowania, z tym że obywateli rzymskich nie wolno było biczować, podobnie jak nie wolno było skazywać na krzyż... Natomiast wobec narodów podbitych i niewolników często bywała stosowana straszliwa kara bieży rzymskich – flagrum albo taxillum Romanum. Taki bicz składał się z dwóch lub trzech rzemieni osadzonych w jednej rękojeści, z twardym zakończeniem, takim jak ołów, żeliwo, czasem kości lub krzemienie.
Rzymianie – w przeciwieństwie do Żydów – nie ograniczali liczby razów bicza... W zasadzie – biczowano w dwu okolicznościach: biczowanie miało skłonić oskarżonego do złożenia zeznań i do przyznania się do winy, zaś w przypadku skazania na śmierć krzyżową, było wstępem do wykonania tego wyroku. Jednakże w obu okolicznościach była to raczej kara, która tak czy owak prowadziła do śmierci skazanego... 
U Pana Jezusa rany były zadane kulkami ołowianymi, przymocowanymi do rzemieni bicza bądź poziomo (dwurzemienne), bądź pionowo (trójrzemienne). Giulio Ricci podał dokładną liczbę ran ósemkowych z wyraźną przerwą na połączenie poprzeczne. Było ich 121. Stąd liczba uderzeń musiała się wahać od 60 do 70, biorąc pod uwagę obłość ciała ludzkiego oraz to, że nie wszystkie zakończenia mogły naraz spowodować obrażenia głębokie miękkich tkanek. Bito całe ciało Jezusa, oszczędzając tylko podbrzusze – z obawy o ewentrację, oraz okolice serca – z uwagi na możliwość tamponady. Najwięcej uderzeń spadło na plecy Chrystusa Pana. I mimo woli przychodzą na myśl słowa Izajasza: „Myśmy Go uważali jakoby za trędowatego, od Boga zbitego a poniżonego”, ,,przed którym sobie ludzie twarz zasłaniają” (Iz 53,4.3). Warte podkreślenia, iż choć te ósemkowate rany przeplatają się ze sobą w różnych kierunkach, to zasadniczo ich układ pozwala na wyciągnięcie następujących dwu wniosków: że Skazanego bito stacjonarnie, w pozycji pochylenia i że, wziąwszy pod uwagę wachlarzowate rozrzucenie ran, Chrystusa Pana biło dwóch żołnierzy, z których jeden był wyższy, a drugi nieco niższy. (...) 
Biczowanie powodowało również zmiany o charakterze przesiąkowo-odczynowym w jamach osierdziowej i opłucnej... I jeżeli śmierć Chrystusa Pana na krzyżu nastąpiła stosunkowo szybko, to główną tego przyczyną był tak zwany wstrząs traumatyczny, czyli pourazowy lub „chirurgiczny”, wywołany przez flagrum Romanum, do czego doszło jeszcze kompletne niemal wykrwawienie.»

UKORONOWANIE CIERNIEM

Ewangelista, św. Mateusz, pisze: „Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: ‘Witaj, Królu żydowski’. Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie” (Mt 27,28-30).
«Chrystusowa korona cierniowa – pisze dalej wspomniany autor – była upleciona z gałązek krzewu należącego do gatunku jujuby... Ciernie jej posiadały niezwykle ostre kolce, zdolne do przeniknięcia poprzez czepiec ścięgnisty (galea aponeurotica) aż do okostnej płaskich kości czaszki. Jednakże już św. Wincenty z Lerynu i św. Brygida uważali, iż korona cierniowa Chrystusa Pana inaczej wyglądała, aniżeli chce to widzieć pobożna wyobraźnia całej plejady artystów, od wczesnego średniowiecza począwszy. Według mniemania wspomnianych świętych – co z całą wyrazistością potwierdza Całun – musiano tę koronę uformować w kształcie rzymskiej czapki... Stąd – nie korona w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz czepiec kolczasty otaczał obwód całej głowy Jezusa, łącznie z jej sklepieniem. Wynikiem tej straszliwej „innowacji” było zadanie w obrębie owłosionej skóry głowy Zbawiciela około 70 głębokich, silnie krwawiących, niezwykle bolesnych ran kłutych.»
W tym miejscu warto przerwać relację St. Waliszewskiego, przypominając, iż na wątpliwości co do kształtu korony cierniowej Chrystusa może rzucić światło wizja zapisana przez włoską mistyczkę Marię Valtortę (zob. „Poemat Boga-Człowieka”, Księga VI, wizja 22). Widziała ona na głowie Chrystusa koronę cierniową, którą jednak kilkakrotnie wkładano Mu na głowę i zdejmowano w celu dopasowania. Stąd mogło wynikać poranienie całej głowy, z którego autor prowadzący badania nad Całunem – być może niesłusznie – wnioskuje, iż Chrystus miał na głowie nie koronę, lecz czepiec z cierni. A oto wyniki jego dalszych badań: 
«Teraz chciejmy zwrócić naszą uwagę na kilka szczególnych i niezwykle mocno podkreślających autentyzm zapisu całunowego krwawień. Chodzi mianowicie o krwawienia ran Najświętszego Oblicza, widocznych dobrze w okolicy czoła i obu skroni. Już prof. Sebastiano Rodante, badając specjalnie to zagadnienie, zwrócił uwagę na anatomiczną zbieżność przebiegu naczyń krwionośnych tych okolic z najdokładniej (odpowiadającymi tej sytuacji śladami wypływów krwi, obecnymi na Całunie w postaci skrzepów. Wśród tych krwawień jak najdokładniej można rozróżnić te, które pochodzą ze zranionej tętnicy, oraz te, których źródłem było otwarcie naczynia żylnego.
Specjalnego wyjaśnienia wymaga trudny diagnostycznie ślad krwawienia żylnego, znajdujący się mniej więcej w pośrodku czoła... Krwawienie to pochodzi z żyły czołowej przedniej, ściślej – z jej lewej gałęzi, po rozdwojeniu. Jak mogło dojść do powstania tego dziwnego śladu? Przez wiele lat stanowiło to problem, który trudno przychodziło wyjaśnić specjalistom z zakresu anatomii i hematologii. Ostatecznie sprawa została całkowicie wyjaśniona. Aby taki ślad mógł powstać na drodze naturalnej, bo o takiej tylko może być mowa, potrzeba było czterech zsynchronizowanych ze sobą czynników mechaniczno-biologicznych.
1) Asymetryczne zawieszenie ciała Jezusa na krzyżu, z przechyłem w stronę prawą pod kątem około 5–7 stopni.
2) Ruchy ciała: unoszenia ku górze i opadanie ku dołowi. Chrystus Pan wykonywał te ruchy co kilka (5-8) minut, inaczej groziła mu szybka śmierć wskutek zapaści ortostatycznej. Podczas tych ruchów ku górze i w dół – zmieniał się także układ głowy: podczas unoszenia ciała ku górze głowa przechylała się w prawo; odwrotnie było, gdy Jezus opadał ku dołowi.
3) Marszczenie czoła w liczne i wyraźne fałdy, jako odruch na narastające bóle mięśni szkieletowych, coraz to bardziej podatnych na skurcze tetaniczne. Wiemy bowiem, iż metabolizm komórkowy stawał się coraz bardziej niedostateczny, a tuż przed śmiercią doszło do zupełnego zakwaszenia dwutlenkiem węgla włókien mięśni poprzecznie prążkowanych. 
4) Przekłucie lewej gałęzi żyły czołowej przedniej trzema kolcami czepca kolczastego. Oczywiście kolce te tkwiły stale w świetle naczynia, które, w zależności od nasilenia ruchów ciała i przechyłów głowy, okresowo ponownie krwawiło. Tak oto daje się wyjaśnić tajemnica tego zagadkowego krwawienia.
Charakterystyczny ślad, dobrze widoczny w gęstwie włosów po lewej stronie głowy – to typowy dla krwawienia tętniczego miarowy rozprysk krwi, zgodny z siłą wyrzutową serca oraz ciśnieniem wewnątrztętniczym. Ślady bliższe samej tętnicy są najobfitsze, dalsze natomiast – coraz to słabsze, co jest zrozumiałe w związku ze spadkiem ciśnienia i słabnącą mocą wyrzutową serca. To charakterystyczne krwawienie pochodzi dokładnie z tętnicy skroniowej powierzchownej lewej, jej gałęzi czołowej.
I ostatni ślad krwawienia, widoczny na Obliczu Całunu. W gąszczu włosów po stronie prawej, nieco niżej w porównaniu z poprzednim krwawieniem, zauważa się wyraźny i ciągły w zasadzie wpływ krwi, nieco rozdzielony na wysokości prawego guza czołowego. To wynik typowego dla układu żylnego krwawienia z żyły skroniowej powierzchownej prawej, jej gałęzi czołowej. Jak można przypuszczać, ślad powyższy powstał w pierwszej fazie męki krzyżowej, kiedy to w układzie żylnym istniały jeszcze odpowiednie warunki śródżylnego ciśnienia, zbliżone do fizjologicznych.
Pozostaje do omówienia krwawienie, spowodowane także czepcem kolczastym, w rejonie potylicy względnie górnej części karku. Trzeba bowiem wyjaśnić, dlaczego na 12 wyraźnych śladów, tylko 4 wykazują ukierunkowanie prawostronne, podczas gdy 8 z nich kieruje się w lewo. Są dwie tego przyczyny:
1) Większość z tych krwawień powstała, gdy Jezus był policzkowany na dziedzińcu twierdzy Antonia (J 19,3), tuż po nałożeniu Mu na głowę czepca kolczastego. Tu przypominamy sobie „zwyczaj” bicia pięścią w prawą połowę twarzy. Jednoczesne zaś okładanie pokrytego cierniem czubka głowy „trzciną” musiało spowodować skręty i przechyły całej głowy właśnie w lewo i ku tyłowi.»
2) Już na krzyżu podczas unoszenia się ku górze ciało Jezusa przybierało pozycję, zwaną w anatomii emprosthotonus (tężec przedni, ku przodowi), a więc oddaloną od pionowego drzewca krzyża. Nie było więc okazji do wywołania krwawień w prawo. Toteż jedynymi i krótkimi chwilami kontaktu uwieńczonej cierniem głowy Jezusa z drzewem krzyża był moment opadania. Wówczas, jak wiemy, przechylona w lewo głowa mogła – otarłszy się o twardość pala – doznać zadrażnienia i poruszyć tkwiące w niektórych naczyniach potylicy kolce, wywołując krwawienia w lewo....»
I tutaj wizja Marii Valtorty może dopomóc w wyjaśnieniu niepewnych szczegółów. Otóż zwraca ona uwagę na to, że na karku Jezusa osadzony został prawdziwy węzeł kolczasty z uplecionej nieregularnie korony.

DŹWIGANIE KRZYŻA

Stanisław Waliszewski badając dalsze ślady ran, zachowane na Całunie tak – z perspektywy naukowca – pisze o kolejnym etapie męczarni zadanej Jezusowi:
«„A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota” (J 19,17).
...Długość drogi krzyżowej, wynosząca od twierdzy Antonia na szczyt Golgoty około 670 metrów, jej ciągłe wznoszenie się ku górze i ostrokamieniste podłoże nawierzchni, wraz z ogromnym ubytkiem sił u Chrystusa Pana – wszystko to przemawia za tym, że Jezus niósł tylko poprzeczkę. Nie brak wszakże głosów, iż Pan Jezus, niosąc cały krzyż na miejsce stracenia, został poprowadzony nieco dalszą drogą, wynoszącą około jednego kilometra.»
Tyle – Stanisław Waliszewski. Konsekwentnie w dalszej części tekstu posługiwać się on będzie nadal pojęciem „poprzeczka”, a nie – „krzyż”. Wydaje się więc stosowne poczynienie tu pewnej uwagi. Relacje innych badaczy oraz licznych mistyków wskazują jednoznacznie, iż widzieli oni Chrystusa dźwigającego krzyż, a nie – poprzeczną belkę, idącego właśnie dalszą drogą. Należy do nich m. in. Maria Valtorta. Za taką wersją może przemawiać także fakt, iż egzekucja dwóch łotrów była zamierzona i wcześniej przygotowana, natomiast skazanie Chrystusa nastąpiło niespodziewanie. Istotny jednak jest fakt, że Chrystus umarł na krzyżu, jak zapowiedział; że zachęcił nas, abyśmy idąc Jego śladami dźwigali jarzmo naszych codziennych udręk i trudności; że sam dał nam przykład poddania się woli Ojca, nawet w największym i najboleśniejszym trudzie, podjętym dla naszego odkupienia. Dokonało się ono dzięki przyjęciu przez Chrystusa cierpienia i złożeniu ofiary z własnego życia, w czym mamy Go naśladować, wierni do końca, niezależnie od sporów naukowców dotyczących tego, czy Chrystus niósł na Golgotę cały krzyż, czy jedynie – jego poprzeczną belkę. Stopień wyczerpania Zbawiciela był już tak wielki, że poruszanie się nawet bez ciężaru krzyża czy belki stanowić musiało ponadludzki wysiłek. 
Badając ślady ran na Całunie lekarz, Stanisław Waliszewski, pisze następnie: 
«...Chrystus Pan, po zatwierdzeniu wyroku skazującego przez Piłata, został ubrany we własne szaty: tunikę, to jest rodzaj koszuli, tkaną jako całość, oraz szatę wierzchnią, znacznie grubszą, co było odpowiednikiem rzymskiej togi. Fakt ten stwierdzają Ewangeliści przez użycie liczby mnogiej – „własne szaty” (Mt 27,31; Mk 15,20). A fakt to ważny! Wynika bowiem z niego, iż pomiędzy straszliwie poranionymi plecami Jezusa a dźwiganą poprzeczką były dwie warstwy tkaniny: tunika i szata gruba, które w pewnym stopniu łagodziły cierpienie wywołane samym ciężarem belki, jej szorstkością i ruchami, zwłaszcza podczas licznych upadków Zbawiciela na drodze krzyżowej...
Przerażająca w swej formie kara biczowania zamieniła całe ciało Zbawiciela w jedną ranę. Do najbardziej bolesnych wszakże należała okolica prawego ramienia. Tu zostały doszczętnie zniszczone: skóra, cienka tkanka podskórna, wszystkie mięśnie i powięzi. W ten okrutny sposób został odsłonięty potężny splot nerwowy, zwany barkowym. Należą do niego: nerw pośrodkowy, najgrubszy, oraz nerwy: łokciowy, promieniowy, pachowy i łopatkowe. Już samo tylko odsłonięcie tego splotu musiało być katuszą trudną do zniesienia, nie wspominając o ocieraniu się poprzeczki przedniogórną krawędzią o to tak strasznie bolesne miejsce. (...)
Poprzeczka leżała na plecach Chrystusa Pana ukosem. Jej prawa połowa znajdowała się na wysokości górnego kąta łopatki prawej i nieco powyżej niego, zaś jej część lewa (związana z kostką lewej nogi) – nieco poniżej kąta łopatki po tej samej stronie. Te dwie okolice wykazują wyraźne ślady uciskania i przesuwania się poprzeczki w obu kierunkach, oczywiście tylko w ograniczonym stopniu. Dzięki jednak szatom ślady bicza rzymskiego nie zostały całkowicie zatarte lub rozmazane.
Kiedy łotrowie, uderzani biczem rzymskim, uchylali się w marszu, uskakując w bok lub do przodu, sznur łączący ich z Jezusem napinał się gwałtownie, powodując najpierw przesunięcie poprzeczki w stronę prawą i ku przodowi, co było przyczyną przechyłu całego ciała Jezusowego także w tę samą stronę. W chwilę później, gdy napięcie sznura gwałtownie zelżało, belka poprzeczna na zasadzie „odskoku” przesuwała się z powrotem w dół na lewą stronę. To z kolei powodowało zachwianie równowagi coraz to słabszego Jezusa i w dalszej konsekwencji – Jego upadek na lewe kolano, a potem na najświętsze Oblicze. Prawe kolano, o wiele mniej obciążone, znacznie mniej też ucierpiało. Zatem główny ciężar każdego upadku spoczywał w zasadzie na kolanie lewym. I tak działo się wiele razy.
Czy są na to dowody? Owszem. Ilustracja [ran z Całunu] wykazuje ogromną ranę kolana lewego... Poza tym obrazuje dość dobrze, w jaki sposób także golenie obu nóg zostały poddane straszliwemu działaniu bicza rzymskiego (...).
Otóż podczas gwałtownych przechyłów całego tułowia Jezusa, kiedy to całość poprzeczki została raptownie przesunięta w prawo i ku przodowi, sznur łączący jej lewy koniec z kostką goleni po tej samej stronie – gwałtownie się napinał i „szorował” po starych skrzepach (po śladach flagrum Romanum) zewnętrznobocznej powierzchni lewej goleni, powodując ich zdarcie, a co za tym idzie – nowe krwawienie i nowe skrzepy. Oczywiście ich kierunek zależał od układu sznura w danym momencie. A kierunek ten się zmieniał w miarę, jak Jezus coraz bardziej słabł. W taki więc sposób powstały dobrze widoczne ukośne pręgi, będące śladami nowych skrzepów, co najmniej w liczbie od 13 do 18. I tyle razy, przypuszczalnie, Jezus walił się na lewe kolano, a niekiedy zaś, z pewnym wyhamowaniem siły upadku, uderzał o ziemię swoim najświętszym Obliczem. Przy końcu drogi krzyżowej stan lewego stawu kolanowego przedstawiał żałosny widok. Zachodzi pytanie, czy w ogóle mógł spełniać swą fizjologiczną funkcję...
Przede wszystkim na zewnętrznej stronie tego stawu zauważamy wielkich rozmiarów ranę miażdżoną. Skóra, która pokrywa tę właśnie okolicę, została w postaci potężnego sfałdowania o kształcie podkowy odsunięta ku górze, na bok i ku dołowi. Silne ścięgno rzepkowe wydaje się w części bocznej poważnie nadwątlone, zwiotczałe i nadcięte. Rzepka uległa zwichnięciu i została przesunięta ku górze i ku środkowi. Torebka stawowa od tej strony jest zniszczona, najprawdopodobniej także ciałko Hoffy. W konsekwencji – poważnej destrukcji musiały ulec wiązadła krzyżowe oraz menisk-łąkotka śródstawowa. Dokładniejsza obserwacja skłania do przypuszczenia, iż powierzchnia stawowa zewnętrznego kłykcia kości udowej i odpowiadająca jej powierzchnia kości piszczelowej zostały w obrębie swych gładzi w dużej mierze także zniszczone. W każdym razie, staw kolanowy lewy jako całość wydaje się być tak poważnie uszkodzony, iż na pytanie, czy pod koniec drogi krzyżowej mógł Chrystus Pan takim stawem wykonywać jakiekolwiek czynności umożliwiające Mu poruszanie się – odpowiedź będzie negatywna...»

OBNAŻENIE Z SZAT

„Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy” (Łk 23,34).
Opisując dalszy etap męczarni, jaką zadano Chrystusowi przed końcowym ukrzyżowaniem autor opracowania zatrzymuje się nad jeszcze jednym dodatkowym cierpieniem: 
«...Najpierw oprawcy zdjęli z Chrystusa grubą szatę wierzchnią, a potem tunikę. I nie wolno nam się nie zatrzymać choć na chwilę nad tym straszliwym bólem, ponownie zadanym Zbawicielowi. Wspomniana tunika, przyschnięta do kilkudziesięciu ran, pokrywających przede wszystkim całe plecy i ramiona, nierzadko wciągnięta w głąb zranionej tkanki, nagle zostaje wraz z jej zawartością, w postaci mniej lub więcej świeżych skrzepów, gwałtownie wyrwana. Wiemy z jaką delikatnością, nierzadko współczuciem, zdejmuje się w naszych ambulatoriach niewielki opatrunek przyschnięty do rany. Daje się czas, by ranę zwilżyć i odmoczyć, a zdejmując ostatecznie stary opatrunek, czyni się wszystko, by nie było bólu, a tym bardziej krwawienia z powodu nieostrożnego oderwania strupa, czyli już zorganizowanego skrzepu. A gdyby nawet, to jakże to porównać z tym, co uczyniono Jezusowi, i tak już nieomal do ostatecznych granic możliwości zmaltretowanemu! Nikt i nic nie jest w stanie opisać tej nowej męczarni, po której Jezus ponownie spłynął krwią. Podczas tej brutalnej czynności zostały oderwane przede wszystkim te skrzepy, które były przyklejone do tylnej części tuniki.»

UKRZYŻOWANIE JEZUSA

„Gdy przybyli na miejsce zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie” (Łk 23,33). Tyle wspomina Ewangelista, znający ukrzyżowanie jedynie z relacji świadków, sam nieobecny. Stanisław Waliszewski, okiem lekarza i badacza historii oraz Całunu dodaje szczegóły, które ukazują wyraźniej okrucieństwo cierpień zadanych Jezusowi, który przez całe Swe życie na ziemi okazywał ludziom jedynie dobroć i miłość:
«...W państwie rzymskim karę tę stosowano przede wszystkim wobec niewolników i narodów podbitych. W Palestynie była wykonywana często. Taki bowiem rodzaj śmierci należał do najokrutniejszych, a o to właśnie chodziło rzymskiemu okupantowi. Cycero, prawnik i pisarz rzymski, powiada o tej karze: Crudelissimum teterrimumque supplicium – najsroższa i najokrutniejsza kara.
Męczarnię na krzyżu można było znacznie wydłużać lub wydatnie skrócić... W dużym stopniu zależało to od liczby uprzednio otrzymanych razów bicza, zastosowania siedzonka-podpórki (sedile) i od sposobu przybicia do poprzeczki. W przypadku Chrystusa Pana jej obostrzenie polegało na okrutnie „podwojonym” ubiczowaniu, na braku sedile i na perfidnie wyrafinowanym sposobie przybicia rąk...
Podczas konania na krzyżu cierpiał cały organizm skazanego – fizycznie i duchowo. Fizycznie - z powodu bólu ran, uprzednio zadanych, jak też - i to przede wszystkim - wskutek narastającego tetanicznego bólu mięśni szkieletowych. Duchowo – ponieważ skazany odczuwał lęk przed śmiercią, zwłaszcza jeśli ona miała charakter powolny, z pragnienia i wyczerpania. Męczarnia krzyża nierzadko przeciągała się do kilku dni.
...Do katowskich czynności ukrzyżowania przystąpiono natychmiast, gdy przywleczono nie mogącego już iść Jezusa pod krzyż, ściśle – pod pal krzyża. Wówczas do leżącej na ziemi poprzeczki „dopasowano” ramiona Jezusa, rozciągając je nieomal pod kątem prostym. Lecz Jezus nie był przybity symetrycznie: Jego prawy nadgarstek przybito tuż przy dolnej krawędzi poprzeczki, natomiast przeciwnie uczyniono z nadgarstkiem lewym, przybijając go w pobliżu jej krawędzi górnej. W efekcie dało to w pozycji uniesienia, zamierzony przez oprawców, przechył ciała Jezusowego pod kątem około 5–7 stopni w prawo. Podczas zwisania Jezus pozornie zachowywał symetrię, lecz i w tej pozycji można było zaobserwować przechył głowy nieco w lewo. W sprawie gwoździ, którymi Zbawiciel był przybity do krzyża, nie brak głosów, iż było ich cztery. Lecz najstarsze źródła, jak również Całun, mówią tylko o trzech...
Lecz nie należy zapominać o szczególe może mniej znanym, lecz jakże bolesnym! By Jezus mógł mieć obie stopy przybite w opisany sposób [jedna na drugiej], trzeba było przedtem zwichnąć prawą w stawie skokowym dolnym, zwanym Choparta, do stanu hiperekstensji o kącie rozwartym: 170 stopni. Przy innym bowiem układzie statycznym opisany powyżej ruch ku górze nie byłby możliwy. Pomyślmy! Co za nieludzki ból: na zwichniętej siłą stopie dźwigać się co kilka minut, by zaczerpnąć nieco tlenu. Dodatkowo wymagało to przybrania siłą faktu wymuszonej, niezwykle niedogodnej pozycji, zwanej emprosthotonus. Polegała ona – jak o tym wyżej już wspomniano – na wyprężeniu się i wyrzuceniu całego ciała ku górze i nieco ku przodowi w stopniu, w jakim na to pozwalały niedotlenione mięśnie szkieletowe kończyn. Stąd też brak kontaktu uwieńczonej cierniem głowy z drzewcem krzyża.»

RANY DŁONI

Dawid pisał proroczo: „Przebili moje ręce i moje nogi” (Ps 21,17). I ten fakt ma swe odbicie na niezwykłym płótnie wskazując jednoznacznie na to, w jaki sposób przybito ręce Jezusa do krzyża. 
«Kto wie – pisze dalej Stanisław Waliszewski – czy nie najwięcej informacji przekazuje nam Całun w sprawie przebicia dłoni. W wyjaśnieniu tego fragmentu zapisu całunowego wielkie znaczenie mają badania francuskiego chirurga doktora Pierre Barbeta z Paryża. Pamiętamy dobrze, w jaki to sposób olbrzymia większość nawet sławnych artystów malarzy czy rzeźbiarzy przedstawiała sposób przybicia dłoni Chrystusowych do krzyża. Gwoździe są mianowicie umieszczone w samym środku dłoni, dokładnie w trzeciej przestrzeni śródręcza. Lecz miejsce to, odpowiadające może bardziej estetyce, posiada zbyt słabe bariery anatomiczne, by utrzymać ciężar ciała ważącego około 80-85 kg. Przekonał się o tym doktor Barbet, dokonując wielu doświadczeń na zwłokach. Jako jedyne zapory w tej okolicy dłoni znajdują się bardzo nikłe mięśnie międzykostne, słabe poprzeczne włókna rozcięgna dłoniowego, delikatne poprzeczne więzadła główek kości śródręcza trzeciego i czwartego oraz skóra. Wszystko to nie było w stanie utrzymać określonego ciężaru ciała dłużej niż 12-15 min. A przecież chodziło o nieruchome zwłoki ludzkie. Jezus zaś na krzyżu żył 3 godziny i wykonywał stosunkowo energiczne ruchy ciała wzwyż i ku dołowi.
Otóż, jak podaje doktor Barbet, miejscem w którym gwoździe przeszyły ręce Chrystusa Pana, były oba nadgarstki, ściślej – szczelina międzykostna Destota... W opisanym miejscu kostki te nie mają wspólnych ze sobą powierzchni stawowych. Sama szczelina ma kierunek nieco ukośny i przebiega od strony dłoniowej ku grzbietowi i ku głowie. Aparat kostny i więzadłowy wzajemnie się uzupełniają, stanowiąc zaporę naprawdę potężną, wystarczającą do utrzymania ciężaru ciała. Fakt wbicia gwoździ w tym właśnie miejscu wydaje się oczywisty i znajduje potwierdzenie w badaniach doktora Barbeta. Kaci rzymscy, sądzi doktor Barbet, byli dobrze obznajomieni z anatomią, choć – rzecz jasna – nie była to wiedza naukowa.
Z faktem przebicia dłoni w okolicy nadgarstka łączy się jeszcze i inna, bardzo bolesna sprawa. Otóż gwóźdź, wnikając w tym miejscu w ciało, musiał, jeśli już nie przewiercić, to przynajmniej silnie zranić napięty do granic możliwości, przebiegający wewnątrz i wzdłuż kanału nadgarstkowego dłoni nerw pośrodkowy, należący do splotu barkowego, o którym powyżej była już mowa. Nerw ten, o znacznej grubości, jest również w części czuciowym. Jego zatem zranienie musiało wywołać straszliwy ból całej kończyny górnej, a także, na mocy promieniowania, w samym splocie barkowym i na szyi, skąd bierze swój początek... 
Na grzbietowych powierzchniach obu dłoni Całun uwidacznia zmiany o nieregularnych obrysach, które można by nazwać częściowym oskalpowaniem skóry tych okolic. Unoszenie się Chrystusa Pana ku górze musiało automatycznie pociągać za sobą rotację obu dłoni, mocno przecież przygwożdżonych do szorstkiej przedniej powierzchni poprzeczki. A taki właśnie ruch powodował zniszczenie naskórka i skóry właściwej na nieregularnym, ograniczonym odcinku tej okolicy...»



RANA BOKU I SERCA

Badacz Całunu po raz kolejny przytacza najpierw tekst z Ewangelii, a następnie pochyla się nad relikwią Męki Chrystusa:
«„Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19,33-34).
Może żadna z ran Chrystusowych nie zawiera tyle wspaniałej symboliki, co rana boku i serca zarazem. Z rany tej bowiem wypłynęła krew i woda – symbole odkupienia i miłosierdzia Bożego! Ranę tę zadał rzymski żołnierz wkrótce po śmierci Chrystusa Pana, około godziny 15.45. (...) Czy żołnierz przebił tylko bok, czy także serce – jak chce tradycja Kościoła? Oto główne racje przemawiające za otwarciem także prawego uszka serca:
1) Zasady szermierki rzymskiej. Żołnierz uderzył w bok Jezusowy z odpowiednim rozmachem, ruchem wprawdzie zautomatyzowanym, właściwym żołnierskiej rutynie, lecz – co za tym idzie – także z dużą siłą, jaka była zwykle potrzebna do zadania takiego ciosu w innych okolicznościach, na przykład podczas walki wręcz. A wiemy, że legioniści nie kłuli w takich okolicznościach tylko samej skóry. Byłoby to sprzeczne zarówno z regulaminem, jak i sposobem ówczesnego prowadzenia walki.
2) Przepis prawa rzymskiego. Kwintylian, prawnik rzymski z I wieku po Chr., podaje następujący zwięzły komentarz: Percussos sepeliri carnifex non vetat – Przebitych kat nie zabrania grzebać.
3) Cios włócznią musiał jednocześnie przekonać Piłata, że Jezus już nie żyje. Oczywiście w tych okolicznościach przebicie włócznią wykluczało z góry płytkość rany. W zamierzeniu bowiem było, ponad wszelką wątpliwość, uszkodzenie centralnego narządu, jakim jest serce; a jeśli śmierć przedtem jeszcze nie nastąpiła, to przebicie włócznią miało ją spowodować.
4) Żołnierz rzymski w żadnym wypadku nie mógł wiedzieć o obecności w jamie opłucnej jakiegokolwiek płynu krwistego, jaki się tam rzeczywiście znajdował. Nie mógł się spodziewać „znaku krwi” przy płytkim użyciu włóczni, lecz wykonał zlecone mu zadanie tak, jak to było zwykle praktykowane – przez przebicie serca.
Teraz zastanowimy się nad „wodą”, o której mówi Ewangelia św. Jana. Dla tego naocznego świadka było to zjawisko tak dziwne, iż czuł potrzebę specjalnie je podkreślić: „Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy uwierzyli” (J 19,35). Zadziwiająca skrupulatność, ale i dokładne sprawozdanie z czegoś, co przekraczało normalne ówczesne pojęcia. Zresztą jeszcze do bardzo niedawna zarówno teologowie, jak i medycy nie wiedzieli dokładnie jak te rzeczy wyjaśnić.
Najstarsza hipoteza, z 1847 roku, pochodzi od lekarzy: Wiliama Strouda i Cecila Talmadge’a z Edynburga. Obydwaj, na podstawie wielu przypadków zebranych z terenu Anglii i Szkocji, przyjęli jako wysoce prawdopodobną przyczynę śmierci Jezusa na krzyżu samoistne pęknięcie mięśnia sercowego z następową tamponadą serca i natychmiastową śmiercią, przy zachowaniu przytomności i z możliwością wydania „wielkiego krzyku”. Podczas zaś wczesnej sekcji zwłok osobników zmarłych taką śmiercią – po otwarciu worka osierdziowego znajdowali zawsze duże ilości osocza krwi, które gromadziło się ponad całością jej masy. Z tych założeń wychodząc, łatwo wysnuć wnioski nie tylko co do bezpośredniej przyczyny śmierci Chrystusa Pana, ale także dla wyjaśnienia użytego przez św. Jana słowa „woda”. (...)
Piszący te słowa, podobnie jak torakochirurg amerykański – doktor Anthony F. Sava, jest gorącym zwolennikiem poglądu o obecności sporej ilości płynu przesiękowo-wysiękowego krwistego w jamie opłucnej, jako reakcji na wielokrotne urazy klatki piersiowej, spowodowane przez flagrum romanum. (...)
W związku z raną boku pozostaje jeszcze do omówienia ciekawy ślad w postaci dość wyraźnej, poskręcanej w swym przebiegu strużki płynu krwistego. Jest to tak zwany paseczek krwawy (cingula di sangue). Rozpoczyna się on od rany boku, lecz niebawem „chowa się” do tyłu, by popłynąć poprzecznie na drugą stronę wzdłuż dolnej linii granicznej obu płuc. W swym odcinku środkowym staje się wyraźnie poskręcany, lecz jakby nieco cieńszy, by bliżej boku lewego znów pogrubieć. Jak wyjaśnić ten ciekawy ślad?
Trzeba tu wziąć pod uwagę, iż pewna ilość płynu przesiękowo-krwistego pozostała w klatce piersiowej w naturalnej kieszonce, jaką jest zatoczka przeponowo-żebrowa, poniżej wlotu rany boku. Po zmianie pozycji z pionowej na poziomą, kiedy ciało Chrystusa Pana spoczywało na kolanach Matki Bożej, przez nadal otwartą ranę boku wspomniany płyn wylał się na zewnątrz. Napotkawszy na pewien opór, jaki stawiało bądź kolano, bądź ręka Matki Bożej, podtrzymującej martwe ciało Syna – krwista ciecz przeszła wzdłuż tej przeszkody na drugą stronę. A więc opisany paseczek krwawy jest, w naszym pojęciu, udokumentowaniem obecności Matki Bożej pod krzyżem w tej przebolesnej dla niej chwili, jaką nam przekazała tradycja w postaci Piety – Opłakiwania.»

ŚMIERĆ NA KRZYŻU


Gdy Męka Chrystusa osiągnęła Swój szczyt i kiedy – zgodnie z Jego słowami – już „wszystko się dokonało”, wtedy, jak pisze św. Mateusz: „Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha” (Mt 27,50).
«...Przytoczone na początku tego rozdziału słowa ewangelistów świadczą, że Jezus umierał przytomnie i to głośno wołając, co było możliwe tylko w stanie uniesienia ciała na krzyżu – pisze dalej badacz Całunu. – I ten stan jest najwyraźniej utrwalony na Całunie Turyńskim. Zresztą na proces umierania Chrystusa trzeba przede wszystkim spojrzeć w świetle wiary.
„Miłuje Mnie Ojciec, bo ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10,17-18).
Chrystus ma więc moc oddać swe życie w momencie przez siebie wybranym. Wiedząc, że Jego ludzka natura już nic więcej w cierpieniu dać z siebie nie jest w stanie i że za kilkanaście sekund ogarną go mroki nieprzytomności, uprzedził ten moment i mocą swej Boskiej natury świadomie w stanie uniesienia ciała na krzyżu odłączył duszę od Ciała i odszedł do Ojca.
Żołnierzom, nawykłym do widoku śmierci, ten moment skonania wydawał się niezwykły. „Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że tak wołając skonał, rzekł: Prawdziwie człowiek ten był Synem Bożym” (Mk 15,39).
Jezus Chrystus złożył w ofierze krzyżowej swoje konające człowieczeństwo, i w tym momencie czynił to z całą swą ludzką świadomością. Syn Boży przyjął naszą ludzką naturę, by służyła Mu za narzędzie naszego zbawienia, i Jego dzieło zbawcze osiąga swe apogeum w konaniu na krzyżu. Nad swoim życiem panował do końca i rozstał się z nim, kiedy uznał to za stosowne: „Nikt mi go (życia) nie zabiera, lecz ja od siebie je oddaję...”. Całopalna ofiara Chrystusa była do końca świadoma, inaczej uwłaczałoby to jej doskonałości.»

Oprac. red. „Vox Domini” – wykorzystano fragmenty relacji lekarza, który przez wiele lat pochylał się nad niezwykłym płótnem Całunu. Słowa, opinie i wnioski zaczerpnięto z rozdziału „Całun i medycyna”, str. 47-96. (WAM Kraków 1987)


Słowa Ojca Świętego wypowiedziane w czasie Liturgii Słowa 24 maja 1998:

«Mówiąc o miłości i o grzechu, Całun wzywa nas wszystkich, byśmy wyryli w naszych sercach wizerunek Bożej miłości i usunęli z nich straszliwą rzeczywistość grzechu. Kontemplacja tego udręczonego Ciała pomaga współczesnemu człowiekowi uwolnić się od powierzchowności i egoizmu, które bardzo często kształtują jego stosunek do miłości i grzechu. W cichym przesłaniu Całunu człowiek słyszy echo Bożych słów i wielowiekowego doświadczenia chrześcijańskiego: uwierz w miłość Boga, największy skarb ofiarowany ludzkości, i broń się przed grzechem, największym nieszczęściem ludzkich dziejów.»


[powrót do strony głównej] [mapa całej witryny] [pełna oferta książek i kaset] [nowości] [ostatnie zmiany] [pismo "Vox Domini"] [czytelnia on line i nie tylko] [ewangelia na niedziele i święta] [archiwum plików 'zip'] [nasze plany] [mirror site strony polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia 'Prawdziwe Życie w Bogu'] [prawdy wiary Kościoła Katolickiego] [ciekawe linki religijne w różnych językach] [przeszukiwanie witryny "Vox Domini"] [e-mail] [kilka słów o Wydawnictwie]